Znowu do lasu?


Z Romualdem Szeremietiewem o wojsku i polskim poczuciu bezpieczeństwa rozmawia Wiesława Lewandowska


WIESŁAWA LEWANDOWSKA: — Geopolityczne usytuowanie Polski zawsze sprawiało kłopoty; okresy spokoju nad Wisłą nigdy nie były zbyt długie. Czy można wreszcie mieć więcej pewności, że Polska stała się krajem bezpiecznym?

ROMUALD SZEREMIETIEW: — Te kłopoty nie istniały, gdy Polska była mocarstwem (XVI–XVII wiek). Pojawiły się dopiero po odzyskaniu niepodległości w 1918 r., nie udało się bowiem stworzyć silnego państwa. Dziś też państwo polskie do mocarstw nie należy, ale ma położenie geopolityczne znacznie lepsze niż Druga Rzeczpospolita. Trzecia RP jest w militarnym sojuszu (NATO), który jak dotąd był skuteczny w zapewnianiu bezpieczeństwa swoim członkom. Ważna jest też przynależność Polski do Unii Europejskiej, czyli wkomponowanie państwa w układ ścisłych związków politycznych i gospodarczych Europy. I najważniejsze –Niemcy, które zagrażały Polsce, są teraz jej partnerem w UE i sojusznikiem w NATO. Fatum ciążące nad Polską „między Niemcami a Rosją” zniknęło, czy jednak na zawsze...? W niemieckiej polityce pojawiają się dziś niepokojące trendy, które mogą doprowadzić do kolizji z polskim interesem narodowym. Wyraźnie widać, że silna jest sympatia niemieckich polityków do Rosji i jej elit politycznych. Interesy Polski zaczynają z tego powodu cierpieć.

— Podziela Pan zatem opinię, że położenie geopolityczne Polski nie poprawia się, lecz pogarsza?

— Coraz więcej przesłanek wskazuje na to, że nie sposób myśleć inaczej. Nie wolno zapominać o planach i zamiarach drugiego wielkiego sąsiada Polski – Federacji Rosyjskiej. Te zamiary nie są tajne. Nie ulega wątpliwości, że państwo rosyjskie dąży do zasadniczej zmiany międzynarodowego układu sił. Jego przywódcy chcieliby, aby Federacja Rosyjska była współczesną wersją imperium rosyjskiego. A pierwszym krokiem byłoby odzyskanie przez Rosję wpływów w tych rejonach, które przedtem należały do Związku Sowieckiego bądź były w składzie tzw. bloku sowieckiego. Jedną z „utraconych” składowych rosyjskiej mocarstwowości jest była PRL, czyli terytorium obecnego państwa polskiego.

— Mamy więc dziś bardzo realne powody, by nie czuć się zbyt komfortowo, zbyt bezpiecznie?

— Mamy! Powinniśmy myśleć o bezpieczeństwie kraju i podejmować odpowiednie działania zabezpieczające naszą niepodległość.

— Tymczasem wydaje się, że uśpieni przynależnością do NATO i UE, zaniechaliśmy już prawie myślenia o potrzebie samodzielnego wzmacniania bezpieczeństwa narodowego...

— Można odnieść takie wrażenie. Od pewnego czasu polskie ośrodki decyzyjne zachowują się tak, jakby obrona narodowa była czymś niewartym zainteresowania. W Rosji działają sztaby zajmujące się geopolityką, strategią, prowadzi się tam poważne studia i konstruuje programy, także militarne, a przywódcy państwa wypowiadają się zgodnie i jednoznacznie: Rosja będzie superpotęgą. Tymczasem w Polsce trudno nawet o spójność politycznego myślenia w tych najważniejszych dla narodu sprawach.

— W polskim myśleniu o bezpieczeństwie zawsze dominowało przekonanie, że Polska, właśnie ze względu na swe położenie geopolityczne, sama i tak nie da rady się obronić. Może więc rzeczywiście nie ma co się porywać „z motyką na słońce”?

— A więc, gdyby znowu ktoś chciał odebrać nam wolność, to nie powinniśmy się bronić? Należy poddać się i wykonywać polecenia okupanta? Nie zapominajmy, że Polska jest dużym państwem. Jest szóstą gospodarką w UE i najsilniejszym państwem w „naszej” części Europy. Mamy sporo możliwości, aby efektywnie zadbać o własne bezpieczeństwo.

— I gdyby zaszła taka potrzeba, bylibyśmy w stanie obronić się przed zewnętrzną agresją?

— Należy stworzyć taki system obrony narodowej, który zagwarantuje bezpieczeństwo. Moim zdaniem, jesteśmy w stanie to zrobić, i to za pieniądze, jakie obecnie wydaje się na wojsko.

— Dlaczego więc tego nie robimy?

— Dlatego, że decydenci nie dostrzegają takiej potrzeby. Zakładają chyba, że obecny brak bezpośredniego zagrożenia będzie trwał bez końca. Dopiero ubiegłoroczne ćwiczenia „Zapad 2009” i „Ładoga 2009” – przeprowadzone przez Rosję tuż przy polskiej granicy, których celem było „stłumienie polskiego powstania w Grodnie” i „odparcie polskiej agresji”, m.in. poprzez desant rosyjskiej piechoty morskiej w rejonie kaliningradzkim, na plażach przypominających polskie wybrzeże – sprawiły, że polski minister spraw zagranicznych zwrócił się do NATO z zapytaniem, czy istnieją plany działań wojskowych, gdyby zagrożenie militarne Polski rzeczywiście nastąpiło. Okazało się, że takich planów nie ma... Potwierdził to amerykański generał, dowódca sił Sojuszu w Europie. Jednak gdy rosyjskie ćwiczenia się skończyły, w Polsce o tym chyba zapomniano.

— Podziela Pan społeczne odczucie, że nie mamy już w Polsce prawdziwego wojska?

— Polska armia jest redukowana do niewielkiej liczbowo grupy żołnierzy zawodowych, wykonujących zlecone przez państwo zadania w dziedzinie obronności. Wojsko Polskie staje się rodzajem agencji ochrony naszych interesów jako zadań sojuszniczych poza granicami kraju.

— Jak Pan ocenia uważany za duże osiągnięcie proces profesjonalizacji polskiej armii?

— Nie sądzę, by to, co zrobiono z wojskiem, było profesjonalizacją. Ten „profesjonalizm” ma polegać na tym, że będzie to wojsko zawodowe – od generała do szeregowca. Tymczasem wojsko profesjonalne tworzą żołnierze dobrze uzbrojeni, dobrze wyszkoleni i dobrze dowodzeni. Tacy żołnierze mogą być i zwykle są w armiach z powszechnym poborem do służby wojskowej. Profesjonalna jest np. Bundeswehra, nie będąca armią zawodową i ze służącymi w niej poborowymi. Pytam: czy MON wystarczy pieniędzy nie tylko na płace dla szeregowców, ale także na ich uzbrojenie i przeszkolenie? Dodatkowy paradoks „profesjonalizmu” – w budżecie na ten rok MON przewiduje 400 mln zł na wynajęcie agencji ochrony, które będą pilnowały, aby nikt nie okradł tych profesjonalnych żołnierzy! Pozostaje jeszcze wątpliwość, czy 100–tysięczna armia zawodowa (taką liczebność sił zbrojnych RP zakłada MON) będzie w stanie wykonać postanowienia artykułu 26. Konstytucji RP i w razie agresji obroni tysiące kilometrów granic dużego europejskiego państwa.

— A może po prostu trzeba pogodzić się z tym, że nie stać nas obecnie na silną, liczną armię?

— Powtarzam: stać nas na wystawienie dobrej i skutecznej w obronie kraju armii! Trzeba jednak zadbać o rozwój polskiego przemysłu obronnego. I należy przyjąć, że podstawowym zadaniem armii czasu pokojowego jest przeszkolenie ludzi, których będzie można zmobilizować w razie zagrożenia wojennego. Polska powinna w razie potrzeby dysponować milionem żołnierzy.

— Tymczasem rezygnujemy z poboru do wojska i przestajemy szkolić...

— W Polsce jest od 4 do 5 mln mężczyzn, którzy mogliby wziąć broń do ręki w przypadku zagrożenia wojennego. Jednak obecnie nie wiadomo, w jaki sposób MON zamierza szkolić rezerwy. Zdecydowano o utworzeniu tzw. Narodowych Sił Rezerwy, ale mają one liczyć zaledwie 10 tyś. ludzi i będą stanowić zabezpieczenie potrzeb wojska tylko w okresie pokoju. Mamy sporo rezerwistów z okresu obowiązywania zasadniczej służby wojskowej, ale liczba ta z czasem będzie coraz mniejsza... Jeżeli tego nie dostrzegają odpowiedzialni za siły zbrojne, to oznacza, że nie traktują poważnie postanowień Konstytucji RP.

— To bardzo poważne oskarżenie!

— To tylko poważne podejrzenie.

— Ostatnio znów wiele się mówi o konieczności modernizacji polskiej armii. Uważa się Pan za inicjatora tego procesu?

— Miałem pewien wpływ na plany modernizacji sił zbrojnych i poniosłem przy tym wielką – także osobistą – porażkę. Aby sensownie planować modernizację techniczną wojska, trzeba przyjąć odpowiedni do potrzeb obronnych model armii. Dlatego w MON proponowałem budowanie systemu obrony terytorialnej, w którym zasadniczą rolę odgrywałaby lekkozbrojona piechota, zdolna do działań nieregularnych. Forma nieregularnych działań sprawia. że atakujący musi dysponować nawet kilkudziesięciokrotnie większą liczbą żołnierzy niż w starciu z wojskiem regularnym. Taka armia jest tania, nie trzeba na nią miliardów złotych. Najważniejszy jest tu walor odstraszający. Jakie państwo zdecydowałoby się zająć Polskę, wiedząc, że musi skierować 15–20 mln żołnierzy do opanowania terytorium, na którym będzie działać milion polskich „partyzantów”? Polacy mają więc perspektywę przygotowania skutecznej obrony albo kolejny raz iść do lasu... Gdy byłem w MON, udało się opracować program utworzenia wojsk obrony terytorialnej i powstało kilka brygad OT. Po usunięciu mnie ze stanowiska w 2001 r. ten program został zarzucony.

— Nowoczesne wyposażenie techniczne polskiego wojska wydaje się coraz mniej realne. Dlaczego?

— Dlatego, że zabrakło myślenia kategoriami interesu narodowego i dobra państwa. Uważałem, że drogą do poprawy jakości polskich sił zbrojnych powinno być wyposażenie dostarczane przez rodzimy przemysł zbrojeniowy. Za granicą warto kupować myśl techniczną, licencje, ale niekoniecznie gotowe produkty. Ale polscy politycy zostali w jakiś sposób przekonani, że wydatki na rodzimy przemysł zbrojeniowy będą kulą u nogi programów modernizacyjnych... W lipcu 2001 r. zostałem z rozgłosem usunięty ze stanowiska, a wkrótce ruszyły śledztwa i postawiono mi zarzuty karne. Realizowałem wtedy m.in. program uzbrojenia wojska w samobieżne armato–haubice kalibru 155 mm „Krab”. Powstały dwa prototypy działa, które miała produkować Huta Stalowa Wola. Wtedy okazało się – jak podano w ogólnopolskim dzienniku – że mój współpracownik domagał się łapówki od firmy zagranicznej w związku z tym właśnie uzbrojeniem. Program został wstrzymany i pojawiły się głosy, że to działo w ogóle jest wojsku niepotrzebne. Teraz, po upływie ośmiu lat i po oczyszczeniu mnie przez sądy z zarzutów, MON wraca do tego projektu...

— No to wreszcie ma Pan satysfakcję...

— To gorzka satysfakcja. Gdyby nie łamiąca mnie „afera" z 2001 r., to dziś mielibyśmy na uzbrojeniu dywizjony nowoczesnej artylerii i pewnie doszedłby do skutku kontrakt dla Indii na 110 takich dział (Polska zarobiłaby na tym l,5 mld dolarów).



| powrót do startu |   | powrót do czytelni |