| Powrót do Głosu Kościoła |




Myśląc o nowej encyklice — problem „małej nadziei”


Benedykt XVI, choċ zmienił nieco częstotliwośċ wydawania tych ważnych dokumentów nauczania papieskiego, jednak w ciągu niedługich dwóch lat swojego pontyfikatu wydał już drugą encyklikę — „Spe salvi”, którą aktualnie zgłębia społecznośċ Kościoła katolickiego. Dochodzą głosy, że nad tą głęboką, ale i doniosłą encykliką szczególnie intensywnie zastanawia się Kościół Francji. Miałoby się ochotę powiedzieċ, że ma po temu powody, bo w jakimś zakresie właśnie Francja jest źródłem tego, co w encyklice jest przedmiotem wnikliwej krytyki. I właśnie temu aspektowi papieskiego dokumentu poświęcone będą uwagi stanowiące treśċ niniejszej wypowiedzi.

Do pewnego stopnia i nas, Polaków katolików, ta papieska polemika z laicką mentalnością dzisiejszego Zachodu powinna zainteresowaċ. Podejmowane dotychczas w naszych czasopismach, dośċ skromne ilościowo, próby prezentacji tego dokumentu skupiały swoją uwagę raczej na ogólnikowym zainteresowaniu jej doniosłością, a komentując, opierały się na jej centralnym wątku, który można określiċ jako wątek „wielkiej nadziei” — wielkiej, bo zakorzenionej w wierze w objawiającego się w Chrystusie Boga Nadziei. Jest to niewątpliwie najbardziej wyartykułowany nurt treściowej zawartości nowej encykliki — nauka o wielkiej, radującej chrześcijańskiej nadziei.

Ale w ramach tego globalnego nurtu wywodów papieskich, zawartych w encyklice „Spe salvi”, jedno jej ogniwo przedstawione zostało z wyjątkową precyzją, głęboką znajomością rzeczy, ale i zaskakująca logiką. Fragment można by zatytułowaċ: „filozofia złudnej «małej nadziei»”.


U źródeł„małej nadziei”

W tle ostatniej encykliki ważne miejsce zajmuje polemika z ogarniającą zachodnią Europę falą zeświecczenia, agnostycyzmu, libertynizmu, hedonizmu. Korzenie swoje ma ona z jednej strony w oświeceniowym racjonalizmie, w obłędnej filozofii rewolucji francuskiej, a z drugiej w radykalnych ruchach XIX i XX wieku, z opętańczym faszyzmem i komunizmem na czele. W jakimś zakresie każda z tych światopoglądowych aberracji ma swoją kartę w tym współczesnym, prowadzącym donikąd, bałaganie myślowym i nihilizmie etycznym dzisiejszej laickości krajów zachodniej Europy.

Papież jest w pełni świadom zagrożeń, jakie z tych zatrutych źródeł płyną, oraz nurtującego je piramidalnego kłamstwa, dotyczącego przyszłości człowieka. Kłamstwo to przybiera postaċ płonnych, ulotnych nadziei, nazwanych przez niego „małymi nadziejami” (por. nr. 30–31).

Encyklika w lapidarny sposób streszcza etapy narastania kanonów współczesnej radykalnej laicyzacji i genialnie ukazuje logikę wewnętrzną tego złożonego procesu, poczynając od Francisa Bacona, poprzez krwawy fenomen rewolucji francuskiej, myślowy wkład Immanuela Kanta, a wreszcie kształtowanie się socjalizmu i komunizmu z jego tragicznym finałem w postaci krwawej rewolucji bolszewickiej oraz jej zbrodniczych następstw.

Swoistośċ polemiki papieskiej ze współczesnym zlaicyzowaniem zachodniego świata polega na tym przede wszystkim, że mniej koncentruje się ona na drastycznych opisach jego przerażających skutków, a bardziej — i to z wyjątkową przejrzystością i wnikliwością — ukazuje jego korzenie i zrastanie się ich w złowieszczy pień. grożący destrukcją człowieka, a nawet całego świata.


Istota „małej nadziei”! jej skutkowanie

Jak wspomniano już wyżej, najgłębszy korzeń współczesnej laicyzacji sięgał, zrodzonej w dobie oświecenia, nowej epoki radykalnej wiary w moc ludzkiego rozumu i związanej z nim nauki (por. nr 16). A gdy za tezą Bacona, o wyjątkowej mocy rozumu, poszła metodyczna praktyka, legitymująca się zaskakującym wnikaniem w głąb stworzonego świata — czego wyrazem był postęp nauki i rozwój techniki — zaczęły się pojawiaċ poglądy, że nadeszła epoka zapowiadanego przez Chrystusa zbawienia człowieka. „Ta nowa zależnośċ między nauką i praktyką — stwierdzi encyklika pod koniec przytaczanego punktu — miała oznaczaċ, że panowanie nad stworzeniem dane człowiekowi przez Boga i utracone z powodu grzechu pierworodnego zostało przywrócone” (nr 16). A to z kolei pociągało za sobą określone konsekwencje, „…tego &«odkupienia», odzyskania utraconego «raju» nie oczekuje się już od wiary, ale od nowo odnalezionego związku między nauką a praktyką (…). Dla Bacona jest bowiem jasne, że odkrycia i wynalazki wówczas wprowadzane w życie są jedynie początkiem; że dzięki współpracy nauki i praktyki będzie można dojśċ do całkiem nowych odkryċ, wyłoni się zupełnie nowy świat, królestwo człowieka” (nr 17).

Z zagadnieniem postępu naukowo–technicznego jako racji warunkującej nadejście ery swoistego świeckiego zbawienia związane było zagadnienie wolności. Jej nadejście wieściła właśnie wspomniana rewolucja francuska ze swoim głębokim, choċ tylko chwilowym, krwawym przewrotem politycznym.

Interesujące było w związku z tym stanowisko Kanta. W pierwszej fazie postawił on tezę, że oto nadeszło zapowiadane królestwo Boże, tyle że nie na gruncie wiary, której nośnikiem był Kościół (zwłaszcza, oczywiście, Kościół katolicki), ale „wiary religijnej” opartej na autorytecie wszechmocnego rozumu (por. nr 19). Nowy element w stanowisku Kanta pojawił się po upadku krwawej obłędnej rewolucji w kolejnym jego dziele — z roku 1794. „Teraz — jak mówi encyklika — Kant bierze pod uwagę możliwośċ, że obok naturalnego końca rzeczy może nastąpiċ jakiś, przeciwny naturze, perwersyjny koniec” (tamże). Idzie więc o tragiczną wersję optymistycznej perspektywy przyszłości, podobną zresztą do losu rzekomo zbawiającego postępu naukowo–technicznego.

Jest swoistym paradoksem, że ta wyczuwana przez filozofa z Królewca teoretyczna perspektywa katastrofalnej przyszłości stawiania na postęp i zdobywania wolności w XIX i XX wieku znajduje współcześnie pełne potwierdzenie w zagrożeniu katastrofą nuklearną i w zgliszczach pozostawionych przez II wojnę światową, prowadzoną pod hasłem określonego ładu politycznego, wolności i sprawiedliwości społecznej. Że sprawa tej właśnie sprawiedliwości społecznej, podjętej w XIX i XX wieku, wiąże się z marksizmem w wydaniu Engelsa, Marksa i Lenina. Kapitalnie ten ciąg ideologiczny referuje encyklika w numerach 20 i 21. Dyskontując dorobek klasyków marksizmu, Lenin po zrealizowaniu zaprogramowanej rewolucji „przekonał się, że w pismach mistrza (Marksa) nie było żadnego wskazania, jak postępowaċ” (nr 21). Wiedział on o „przejściowej fazie dyktatury proletariatu jako o konieczności, która jednak w następnym okresie miała sama z siebie przeminąċ. Dobrze znamy tę «fazę przejściową» i wiemy, jak ona się rozwinęła, nie rodząc zdrowego świata, ale pozostawiając za sobą straszliwe zniszczenia” (nr 21).

Encyklika precyzuje ten dziewiętnastowieczny wątek wiary w postęp, niepohamowane dążenie do wolności i społecznej sprawiedliwości odwołaniem się do wybitnego myśliciela XX wieku Theodora Adorno, który sformułował problematykę wiary w postęp w sposób drastyczny: „postęp, jeśli mu się przyjrzeċ z bliska, jest postępem od procy do mega–bomby(…). Inaczej mówiąc: dwuznacznośċ postępu staje się ewidentna(…). Ofiaruje on nowe możliwości dobra, ale też otwiera przepastne możliwości zła — możliwości, które wcześniej nie istniały” (nr 22). Ten tak radykalny osąd postępu stanowi tym samym wyrok śmierci dla postępu jako podstawy dla ludzkiej nadziei — dodajmy od razu: „małej nadziei” vpor. tamże).


„Mała nadzieja” wczoraj i dziś

Jest rzeczą zadziwiająca, że zacytowane stanowisko wybitnego przedstawiciela znanego ośrodka, stawiającego pod znakiem zapytania postęp jako zasadniczą podstawę ludzkiego losu, nie znalazło posłuchu w programie radykalnej laicyzacji XX, ale i XXI wieku.

Przecież wspomniany teoretyczny werdykt wybitnego filozofa ma swoją wymowę: popiera on tragiczną rzeczywistośċ obydwu ostatnich wieków, a więc dwie koszmarne wojny w poprzednim oraz kryzys ekologiczny, etyczny, z kryzysem rodziny i zbrodniczym stosunkiem do życia w XXI wieku. Pokazuje to dowodnie, że stawianie bez reszty na „małą nadzieję” ostatecznie prowadzi donikąd (por. nr 30).

Encyklika mówi, że „potrzebujemy małych i większych nadziei, które dzień po dniu podtrzymują nas w drodze. Jednak bez wielkiej nadziei, która musi przewyższaċ pozostałe, są one niewystarczające” (nr 31).

Niestety, zlaicyzowany świat doby obecnej jest głuchy na te wymowne głosy przestrogi. W mniej lub bardziej zakamuflowanej postaci wierzy w przestarzałe kanony dążenia do postępu i naprawy stosunków międzyludzkich za sprawą komunistycznego lewactwa, przebranego w rzekomo cywilizacyjne szaty z hasłami tolerancji i demokracji na ustach. Jak tyle razy w przeszłości, obiecuje świetlaną przyszłośċ (sowiecki raj), a ostatecznie sprawia, że świat staje się „nieludzką ziemią”, na której przemoc, globalna krzywda społeczna, obłędna pogoń za dobrami materialnymi i niepohamowany hedonizm stają się niepisaną regułą życia. Wszystko to ostatecznie można potraktowaċ jako nieodwracalne skutki — nazwanej celnie przez encyklikę — „małej nadziei”, zapatrzonej w ograniczonego człowieka i penetrowany przez niego świat empirii ze świadomym i systemowym ignorowaniem transcendentnego Boga, będącego niezawodną podstawą „wielkiej nadziei”.

W tej sytuacji rodzi się pytanie: Jakiego wyboru dokonuje świat zdeklarowanej laicyzacji, zakładający zasadę absolutnej wyłączności tej pierwszej i tej drugiej nadziei?

Inne jest stanowisko encykliki. Wyrażone zostało na początku ważnego numeru 31., podejmującego problem wielkiej nadziei. Powtórzę raz jeszcze: „…potrzebujemy małych i większych nadziei, które dzień po dniu podtrzymują nas w drodze. Jednak bez wielkiej nadziei, która musi przewyższaċ pozostałe, są one niewystarczające. Tą wielką nadzieją może byċ jedynie Bóg, który ogarnia wszechświat i który może nam zaproponowaċ i daċ to, czego sami nie możemy osiągnąċ”.

I w tym miejscu należałoby podjąċ zasadniczy wątek encykliki „Spe salvi”, a więc pytanie: Czym jest ta wielka nadzieja i jaka jest droga, żeby ją zdobyċ? Ale to już temat do omówienia w przyszłości.


Kard. Stanisław Nagy SCJ




| powrót do startu |    | Powrót do Głosu Kościoła |