Świat dobry i świat zbuntowany przeciw Bogu

Część pierwsza


W terminologii teologicznej pojęcie „świat” używane jest w kilku znaczeniach. Czasami oznacza ogół istot stworzonych, czasami sumę wszystkich rzeczy materialnych, ale może oznaczać także ogół tych istot, które sprzeciwiają się Chrystusowi, może oznaczać to, co św. Augustyn nazwał „civitas diaboli”. Poza tym w terminologii zakonnej słowo „świat” oznacza to, co znajduje się poza klasztorem.

My, ludzie, jako jedyne na świecie istoty żyjemy na przecięciu dwóch rzeczywistości, na przecięciu świata ducha i świata materii. Należymy do tych obydwu rzeczywistości. Żyjemy także na przecięciu świata dobrego i świata zbuntowanego przeciw Bogu. Niegdyś, pod wpływem określonych nurtów filozoficznych, zwłaszcza gnozy, platonizmu i neoplatonizmu, panowała skłonność do utożsamiania materii i cielesności z niedoskonałością i ze złem samym w sobie. Pogląd ten, nieobcy pewnym nurtom ascetycznym, nigdy nie był i nie jest przyjmowany przez prawowierne chrześcijaństwo, które akceptowało i akceptuje stworzony przez Boga materialny świat, akceptuje także ludzkie ciało i uważa je za dobre. Nie mogło być inaczej, skoro w Księdze Rodzaju, opowiadającej o stworzeniu całego kosmosu i wszystkich żywych istot, znajdują się jakże jednoznaczne słowa: „A Bóg widział, że wszystko, co uczynił, było bardzo dobre” (Rdz 1, 31). Chrześcijaństwo ze swoją nauką o wcieleniu Boga w ludzkie ciało nie mogło być przeciw materialnej, fizycznej stronie naszego świata. W zbawieniu człowieka w równym stopniu wzięły udział obydwie natury Chrystusa: boska i ludzka. A najbardziej istotną dla chrześcijańskiej wiary jest prawda o zmartwychwstaniu Chrystusa i o naszym przyszłym zmartwychwstaniu z duszą i ciałem. Chrystus, ustanawiając hierarchię wartości, w której najważniejsze jest zbawienie duszy ludzkiej [„Cóż bowiem za korzyść odniesie człowiek, choćby cały świat zyskał, a na duszy swojej szkodę poniósł? Albo co da człowiek w zamian za swoją duszę?” (Mt 16, 26)], nigdy nie lekceważył doczesności. W Modlitwie Pańskiej poleca nam modlić się słowami: „Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj”. A w przypowieści o talentach napomina nas surowo, byśmy nie zmarnowali danych nam uzdolnień i innych wartości, które nam podarował, byśmy czynili świat lepszym i piękniejszym, byśmy pomnażali w nim dobro.


Oblicza neopogaństwa

Gdy przeciwstawiamy sobie „świat dobry” oraz „świat zbuntowany”, mamy na myśli walkę dobra ze złem, która toczy się od momentu, kiedy Lucyfer wykrzyknął Bogu swoje słynne „Non serviam!” (Nie będę Ci służył!). Walka ta toczy się od początku istnienia człowieka na różnych płaszczyznach jego życia, a także w nim samym, w głębi jego duszy. Chodzi w niej przede wszystkim o uznanie pierwszego przykazania Dekalogu, o uznanie bezkompromisowej wiary w jedynego Boga i odrzucenie pogaństwa. To przykazanie jest bowiem fundamentem wszystkich innych przykazań oraz prawd wyznawanej przez nas wiary.

Wbrew pozorom pogaństwo nigdy nie umarło. W ciągu wieków zmieniało tylko swoje oblicze. Zmieniało bogów i sposoby oddawania im czci. Zaczynało się ongiś i zaczyna dziś wraz z odrzuceniem planu Bożego objawionego w Jezusie Chrystusie, czyli wraz z odrzuceniem Jezusa Chrystusa. Zaczyna się w chwili, gdy człowiek odmawia Bogu swojego posłuszeństwa, gdy tak jak Lucyfer woła: „Nie będę Ci służył!”. Nowe pogaństwo staje się wyjątkowo silne i wyjątkowo groźne. Ogólnie biorąc, neopogaństwo występuje w dwóch postaciach: jako pogaństwo poza Kościołem oraz pogaństwo wewnątrz Kościoła (A. Michalik, Neopogaństwo – Teologia – Kościół, w: Neopogaństwo. Nowe czasy – stare idee, red. J. Królikowski, Pallotinum 2001, s. 135).

Zewnętrzni neopoganie to ludzie niewierzący, którzy otwarcie odrzucają wiarę i moralność chrześcijańską, a w ich miejsce głoszą wartości pogańskie. Obca jest im świadomość, że człowiek nie istnieje dla siebie i dla swojej chwały, lecz dla chwały Bożej. Nie dostrzegają jakościowej różnicy między Bogiem a człowiekiem. Jeśli godzą się na istnienie Boga, to jako na coś, o czym można mówić i czym można dysponować według własnego uznania, jakby się było Mu równym. Żyją w „nieobecności” Boga. Żyją tak, jakby Bóg nie istniał i nie objawił ludziom swojej woli. Uwolnili się od związku z Nim. Ogłosili się całkowitymi panami siebie i swojego losu. Zrzucili Boga z tronu i sami na ten tron weszli jako twórcy nowej, bezbożnej, niemającej nic wspólnego z Dekalogiem moralności. Samych siebie i wszystkie swoje, nawet najbardziej wszeteczne, zachcianki i występki czynią obiektem boskiego kultu. Jest ich dziś bardzo wielu. Można powiedzieć, że niektóre całe narody i społeczeństwa żyją tak, jakby Bóg nie istniał i nie pozostawił im swojego moralnego prawa. Odrzuciły one ze swojego światopoglądu wertykalny, nadnaturalny wymiar rzeczywistości i człowieka. Pozbyły się ze swojego życia – indywidualnego i społecznego – pierwiastka sacrum. Żyją tylko w wymiarze horyzontalnym: doczesnym i materialnym (por. A. Michalik, Neopogaństwo, s. 138).

Neopogaństwo stało się niestety także problemem wewnątrzkościelnym. Jak pisał przed kilku laty kardynał Joseph Ratzinger, obecny Ojciec Święty Benedykt XVI: „Neopogaństwo wzrasta bez przerwy w samym sercu Kościoła i grozi zniszczeniem go od wewnątrz”. W Kościele ciągle przybywa nowych pogan, którzy mówią o sobie, że są katolikami czy chrześcijanami, ale myślą i postępują po pogańsku. Przejęli poglądy, postawy, wzorce etyczne, wartości i styl życia ludzi kierujących się duchem tego świata, tylko odrzucają kontakt z transcendencją. Nie wykraczają poza doczesność. Kwestionują podstawowe prawdy wiary i przykazania. Samych siebie odarli z poczucia godności osoby ludzkiej jako obrazu Boga oraz doprowadzili do niejednokrotnie kompletnego zaniku poczucia grzechu. Ich życie przenika konsumpcjonizm i erotyzm, prymat „mieć” nad „być”. Godzą się na rozpad rodziny, aborcję, eutanazję i zbrodnicze doświadczenia na ludzkich embrionach. Wyprowadzając seks poza sferę moralności, odrzucają kościelną naukę o pożyciu seksualnym i wierności małżeńskiej (por. A. Michalik, Neopogaństwo, s. 138).

Należy zadać pytanie: Czy tacy ludzie rzeczywiście należą jeszcze do Kościoła?

W konstytucji Soboru Watykańskiego II „Lumen gentium” czytamy następujące słowa:

„Do społeczności Kościoła wcieleni są w pełni ci, co mając Ducha Chrystusowego, w całości przyjmują przepisy Kościoła i wszystkie ustanowione w nim środki zbawienia i w jego widzialnym organizmie pozostają w łączności z Chrystusem rządzącym Kościołem przez papieża i biskupów; w łączności mianowicie polegającej na więzach wyznania wiary, sakramentów i zwierzchnictwa kościelnego oraz wspólnoty. Nie dostępuje jednak zbawienia, choćby był wcielony do Kościoła, ten, kto nie trwając w miłości, pozostaje wprawdzie na łonie Kościoła »ciałem«, ale nie »sercem«”.

(Konstytucja „Lumen gentium” 1, za: A. Michalik, Kościół..., s. 139)


Następna:  Świat dobry i świat zbuntowany przeciw Bogu  —  Część druga     | > > > > > |

| powrót do startu |    | Powrót do Głosu Kościoła |