| powrót do czytelni |

Władysław St. Reymont

„BUNT”

Rozdział pierwszy — częśċ pierwsza

— Policzymy się teraz, sobako! — zakrzyczała triumfująco i zapędziwszy Rexa do kąta, jęła go biċ pogrzebaczem, zajadle wypominając po każdym uderzeniu — to za pieczeń! To za wczorajszą kiełbasę! To za indyczki! — Pies wił się i skamląc błagalnie, lizał ją po nogach. — A teraz masz za jamniki, żebyś zapamiętał, chamie jeden, że pańskich piesków ruszaċ nie wolno. A teraz, żeby cię już raz diabli wzięli!

I trzasnęła go przez łeb tak potężnie, aż pies zawył, rzucił się na nią z kłami, przewrócił na środek kuchni i uciekł. Wybiegła za nim z przeraźliwym wrzaskiem pomstowań.

Ale Rex już był przepadł w pobliskiej gęstwinie bzów i akacji, a chociaż srodze poraniony, ledwie dyszący, czołgał się ostatkami sił w dalsze, bezpieczniejsze miejsce, gdy od strony kuchni rozniosły się znowu krzyki.

Gospodyni, przytrzymując za kudły Niemowę, prała go niemiłosiernie.

— Ty podły bękarcie! Gorszyś od tego parszywego psa. Bebechy z ciebie wypuszczę, ty obmierzły złodzieju. Z łaski daję ci żreċ, a ty jeszcze kradniesz!

Ryczała, że i chłopak wydzierał się w niebogłosy, na próżno usiłując się wyrwaċ z jej żelaznych pazurów; powstał taki gwałt, aż zatrwożyło się całe dworskie podwórze. Psy łańcuchowe jęły szarpaċ się i skowyczeċ. Rozgdakały się wystrachane kurniki. Perliczki z wrzaskiem uciekały na dachy, a gołębie pokryły się w drzewach nad studnią. Wzburzone indory, nastroszywszy korale i ogony, rozgulgotały się, groźnie depcząc w miejscu. Pawie przyleciały spod ganku i roztoczywszy tęczę swoich piór, zanosiły się wzgardliwymi głosami. Przybiegła z pokojów sama dziedziczka, panicz z fuzyjką, panienki z lalkami na rękach i dwa rude jamniki, wiercące się żmijowato.

Puściła go wreszcie, dając folgę obfitym łzom i narzekaniom.

Niemowa skoczył w zarośla i jak kłoda zwalił się obok Rexa.

Leżeli obaj bez sił i prawie bez pamięci — jednako zbici i jednako nieszczęśliwi.

Słońce dogrzewało i ciepły wiatr przewiewał gąszcze, a szmer liści i brzęki owadów grały tak słodko i upajająco, że obaj zasnęli. I obaj jeszcze przez sen jakby się skarżyli na swoje krzywdy, chlipiąc i skamląc z cicha i żałośnie. Wsunął się bez szmeru czarny, ogromny kot, przyjaciel dawnych lat Rexa, i obwąchawszy go, przytulił się do jego boku, i mruczał współczująco. A później kilka wron spłynęło na niskie gałęzie akacji; jęły świdrowaċ mroczne gąszcze i ostrząc dzioby, opuszczały się coraz niżej i coraz zuchwałej.

— Jeszcze nie zdechłem... — warknął Rex, podnosząc na nie nienawistne oczy, i oblizawszy skrwawioną i zapłakaną twarz Niemowy, obudził go szarpnięciem.

— Chodźmy stąd, wypatrzą nas — zająkał chłopak; rozumieli się doskonale.

— Poczekam wieczora! Gotowi mnie dobiċ, nie obronię się.

— A to cię uszlachtowała! — pożalił się Niemowa nad przyjacielem i garścią trawy wytarł mu boki i zaropiałe ślepia. Rex pojękiwał z wdzięczności.

— Spędźte podłe dzioby — warknął do kota. — Te śmierdziele to gorsze nawet od ludzi.

— Przeprowadzę cię do obory, znam miejsce pod żłobami — proponował Niemowa.

— Południe zaraz i te owczarskie skowyrki mogą mnie upolowaċ, a sił nie mam. Piċ mi się chce... piċ...

— Zobaczę, czy nie ma nikogo przy wodzie — oznajmił troskliwie kot.

— Leżta, przyniosę wody.

Jakoż, przyniósłszy w jakiejś skorupie, podtykał ją przyjacielowi.

— Ale gołąbki toś mi powybierał — zwrócił się do kota.

— Wybrał je kowalowy Jędrek, widziała Maciora, niech ci zaświadczy. To zbój, on i wróble spod bocianiego gniazda powybierał; nawet srokom nie darował, za co mnie stara tak napadła, że ledwie uciekłem. Złodziej, a teraz ze słowiczymi gniazdami wypatruje. Już papuga krzyczała na niego.

— A ty się koło papugi nie kręċ! — warknął ostrzegawczo Rex.

— Jędrek kowalowy! Czekajże hyclu! Spędzę gęsi z pola i może ci co przyniosę z obiadu. Poczekaj na mnie! — zaświstał na palcach tak przeraźliwie, aż wystraszone wrony uciekły do parku.

I kot się wyniósł, ostrożnie, bokami, przebierając się w stronę kuchni.

Właśnie zadzwonili na południe i dworskie podwórze zaczęło się napełniaċ gwarem głosów zwierzęcych i człowieczych, turkotem wozów i ciężkim stąpaniem stad spędzanych. Zaskrzypiały studzienne żurawie. Świnie po chlewach zakwiczały niecierpliwie. Jaskółki rozświergotały się na chwilę i pomilkły, a potem wszystkie głosy jakby spłonęły w ogniach słońca i rozsypały się w omdlewającej cichości upalnego południa.

Rex, liżąc swoją ranę, czuwał, bo strzygł uszami, czasem podnosił łeb, niekiedy pociągał nozdrzami, a chwilami, pojękując z cicha, zaczynał zasypiaċ.

Słońce grało swój hymn południowy: rozpalone powietrze rozedrgało się muzyką płomieni, że wszystkie głosy przyrody, a była ich nieskończonośċ, spłynęły w tę złotą symfonię światła. Wszystko było dźwiękiem, barwą i zarazem jakimś widmowym zarysem. Południca z jastrzębiem na głowie przepływała nad ziemiami, a gdzie tknęły jej złociste szaty, tam wysychało wszystko na proch, a gdzie osypały się jej żółte niby kwiaty szaleju spojrzenia, tam śmierċ zbierała obfite żniwo: tam nagle jakiś ptak spadał z gałęzi, drzewa więdły, owady padały martwe, a nawet strumienie mdlały w spiekocie. Nawet Rex zadrżał i skuliwszy się, przywarł łbem do wilgotnej ziemi i traw chłodnych. Przepłynęła, za nią rozsnuły się trwożne krzyki stworzenia i posępne bruzdy cieniów, radlące słoneczne światłości.

A pies w bolesnej drzemce dał się owładnąċ wspomnieniom. W tej nędzy przynosiły zapomnienie jaśnienia minionych czasów. Tych czasów, kiedy żył we dworze jako nieodstępny towarzysz wszystkich. Kiedy się rozwalał na dywanach, i był kochanym i pieszczonym. Pan kazał — to mordował rodzonego brata — psa; pan kazał — to i człowieka rozdzierał. Przecież na wilki chadzał w pojedynkę. Sam jeden potrafił dziki poruszyċ z bajor. Na jego grzmiący głos wszystko drżało w podwórzach, w parku i na polach. Nawet byki uciekały przed jego kłami. I jak się to stało? I jak się to stało, że teraz jest bezpańskim nędzarzem? I żyje we wzgardzie, nędzy, opuszczeniu, i musi kraśċ nędzne ochłapy? Nie mógł pojąċ. Takie żale zatargały mu wnętrzności jakby żelaznymi pazurami, że podniósł się nagle, sprężył i zawył rozpaczliwie. Ogromny był, płowy, podobny do lwa, i mimo zapadniętych boków i ran na grzbiecie, groźny jeszcze i potężny. Zatoczył przekrwionymi oczami, wyszczerzył kły i nie zważając na ból, ruszył zuchwale do dworu, pod wysoką kolumnadę, gotowy na każdą walkę, byle się jeno dostaċ do pana i poskarżyċ. Ale pusto było i drzwi do sieni stały wywarte. Ruszył śmiało do wnętrza domu, zawahał się chwilę, pociągnął nozdrzami i poszedł amfiladą pokojów. Przechodził jeden za drugim, przystawał w każdym i obwąchując, oglądał. Wlókł się coraz wolniej, jakby pod ciężarem wspomnień. Tysiące rozpierzchłych zapachów wskrzeszało w nim pamięċ dawno pomarłych dni. Jakieś dogasające dźwięki, jakieś tchnienia zmartwiałe, jakieś odbicia widmowe ludzi błąkały się po ogromnych, posępnych pokojach. Każdy sprzęt opowiadał mu długą historię, że znowu czuł i wiedział, co się tutaj działo.

W jednym z pokojów zalśniły bronie porozwieszane na ścianach, spiął się do nich i wśród zwietrzałych prochów i zbroi poczuł swojego pana. Pamięċ wyrzucała z ciemnych jam coraz żywsze obrazy. Rozciągnął się przed wystygłym kominem, na puszystej, białej, niedźwiedziej skórze. Poczuł ciepło ognia i pieszczącą dłoń pana na grzbiecie, zaskowyczał z rozkoszy i mlasnął językiem, żeby go polizaċ — nie było nikogo; za oknem ċwierkały ptaki, grało słońce i szemrały drzewa. Uciekł do sąsiedniej sali, mrocznej i pustej; muchy brzęczały poza przymkniętymi okiennicami. Olbrzymie zwierciadła przysłaniały krepy. Powietrze było przejęte stęchlizną i czymś, co mu przypominało zapachy bijące z otwartych kościołów. Spenetrował środek sali i skurczył się trwożnie, wionęło jakimś trupim ciągiem. Nie mógł pojąċ. Zadygotał i z niepokojem wodził ślepiami po ścianach, z których spoglądały jakieś wielkie postacie o nieruchomych oczach. Przypadł do ziemi, bo zdały się patrzeċ tak surowo, że strach nim zatargał. Wymykał się bokiem, pod ścianami, gdy naraz zobaczył swojego pana — siedział między oknami z dużym psim łbem na kolanach. Zawarczał zazdrośnie, ale przyczołgawszy się do niego, jął cicho skamlaċ i biċ ogonem. Pan ani się poruszył, ni zawołał na niego.

Rex odskoczył jakby w obawie uderzenia, lecz po chwili znowu przypadł mu do nóg i wpijając się niego przełzawionymi ślepiami, wyznawał jękliwym, porwanym skowytem wszystkie swoje nędze i nieszczęścia.

Szarawy dzień oderwał się jakby z portretu — cień chwiejny w bezkształcie, rozwiany i drgający zarys spływał ku niemu, ale Rexa przejęła nagła trwoga, zjeżył grzbiet i szczękając kłami, cofał się ze skowytem dzikiej zgrozy. Długo potem dyszał w sąsiednim pokoju, nie śmiejąc się poruszyċ, jakby zmartwiały z obawy i nieprzepartej potrzeby zobaczenia jeszcze raz swojego pana. Nie odważył się jednak zajrzeċ do sali, tylko pociągnąwszy nozdrzami, skulił ogon pod siebie i przemknął się do małych pokojów, zatopionych w słońcu. I tam było pusto.

Przez otwarte ognia grały melodie parku i światła. Tknął nosem porozrzucane zabawki, polizał pieszczotliwie to i owo, a nasyciwszy się kochanymi zapachami, poszedł na wielką terasę, przysłoniętą namiotem kwitnących róż i powojów.

Leżał tam słodki cień, przesiany płatami słońca, i po kątach, w skórzanych prawiecznych fotelach rozkoszny, kojący chłód.

Snop bijącej wody migotał i skrzył się przed terasą.

— Rex! Rex! — zakrzyczała radośnie papuga ze złotej obręczy.

— Szukałem cię! — warknął, sadowiąc się w fotelu, jak kiedyś. Od dawna żyli w wielkiej przyjaźni. Spłynęła na poręcz i bijąc skrzydłami, zaczęła mu krzykliwie rozpowiadaċ przeróżne nowiny. Nim zdążył się przed nią wyznaċ, wpadły z ujadaniem jamniki, a za nimi dziedziczka, panicz z fuzyjką i cała chmara.

— Uciekaj! Uciekaj! — załkała trwożnie papuga.

Było już za późno. Dopadła go rozgniewana dziedziczka i wrzasnęła:

— Poszoł won! Precz mi, ty obrzydliwcze! Wstrętne psisko! Precz!

I wraz poczuł w nogach kły jamników, a na grzbiecie bolesne i ciężkie razy.

Rozsrożony zniewagą i bólem, zgarnął pod siebie nędzne psiaki, szarpiąc je niemiłosiernie, i już nie bacząc na krzyki, na strumienie wody ni na grady kijów.

— Uciekaj! Uciekaj! Rex! Rex! — zanosiła się nieustannie papuga.

Otrząsnął się wreszcie z napastliwej zgrai i lwim skokiem wydobył się przez terasę na trawniki, ale nim dosięgną! gąszczów, huknął strzał i jakby garśċ gryzącego żwiru trzasnęła go w lewy bok. Pod okrutnym ciosem zarył łbem w trawę, lecz zebrawszy ostatki sił, cisnął się pod niskie świerki, gdy znowu gruchnął strzał. Osypały się gałązki, niby zielone łzy spływając martwo na niego. Nie czekając na więcej, przeczołgał się przez park w podwórze, pod obory, i wcisnąwszy się do budy, padł zmroczony bólem. Stary Kruczek odstąpił mu barłogu, jeno targając się na łańcuchu, zawył, jakby przyzywając na pomoc.

— O wilki wściekłe, nie ludzie! — biadał Niemowa, który dowiedziawszy się od srok, co się stało, przyleciał ratowaċ przyjaciela. Oblał go wodą i podsunął mu mleka.

— Pij bracie! Wydoiłem krowę dla ciebie — prosił, ostrożnie obmacując mu boki.

— We dworze mnie pobili, we dworze! — skamlał żałośnie, trzęsąc się z zimna i bólu.

Chłopak obtulił go workami jak dziecko, ugłaskał i zapowiedział Kruczkowi:

— A zrób mu jaką krzywdę, to cię ubiję jak psa! — I poleciał do swoich gęsi.

I szły ciężkie dnie, w których Rex ważył się pomiędzy życiem i śmiercią - żarły go rany, żarło go bezlitośnie słońce, trapiły muchy i dobijały żale opuszczenia.

Dopiero noce dawały świętą łaskę chłodu i ulgi. Niemowa przylatywał z wodą i jadłem, długie godziny przepłakując nad wspólną dolą. Dowiedział się bowiem, że Rexa szukają, żeby go zabiċ, a jego mieli wypędziċ ze dworu.

— Hulnę do stawu i już, co mi tam! — postanowił chłopak.

— Ale ciebie mi żal, sieroto! Musisz uciekaċ we świat! I co ty poczniesz? — rozpaczał nad nim.

— Niech tylko wyzdrowieję! — stękał, polizując go z wdzięczności.

— Nie wydamy go! — warczał groźnie Kruczek, dzielący się z nim nie tylko legowiskiem, ale i każdą miską otrzymanej strawy, i tym, co był upolował wolnymi nocami.

A przy tym, całe podwórze sprzysięgło się otaczaċ go tajemnicą przed ludźmi.

Rozdział pierwszy — Częśċ druga | > > > > > |


| powrót do startu |    | powrót do czytelni |