Z JE ks. abp. Henrykiem Hoserem, pasterzem diecezji warszawsko-praskiej, przewodniczącym Zespołu Ekspertów ds. Bioetycznych przy Episkopacie Polski, rozmawia Małgorzata Jędrzejczyk

Drogą rodziny jest prawda o niej

Ekscelencjo, wiele kwestii bioetycznych rozstrzyga się na gruncie medycyny, która przez rozwój technologii wydaje się bardziej szkodzić człowiekowi, zamiast mu pomagać. Jaki kierunek wyznaczyć medycynie, by była bardziej ludzka, służyła nam?

— Medycyna jest teraz w bardzo trudnym okresie wielowiekowej historii. Od XX wieku następuje bardzo szybki rozwój biotechnologii i technicyzacji medycyny. Nasycenie techniką medycyny jest coraz większe, co znacznie zmienia kontury medycyny - osłabia kontakt lekarza z pacjentem. Dziś w coraz większym stopniu lekarz posługuje się techniką diagnostyczną i terapeutyczną, która w pewnym sensie separuje go od pacjenta. W ten sposób lekarz staje się inżynierem medycznym.

A przez to zapomina o człowieku...

— Tak, o jego wewnętrznych potrzebach - jego psychice i duchowości. Traci z oczu człowieka, widzi jego ciało, zapominając o duszy, psychice, a więc widzi go dość jednostronnie. Dlatego jest tak ważne, by z rozwojem techniki nadążać z etyką. Stąd tak wielka aktualność bioetyki, bez której dzisiejsza medycyna będzie pogubiona. Bioetyka jako termin istnieje zaledwie od początku lat 70. Wobec specyficznych problemów i technologii procedur medycznych jest konieczna jako nauka międzydyscyplinarna, która odnajduje uzasadnienie pewnych rozwiązań. W zależności od odpowiedzi na pytanie: "Kim jest człowiek?", i odpowiedzi na nie - rozwiązania bioetyczne są bardzo różne.

Dlatego tak ważna wydaje się formacja lekarzy, studentów medycyny... Jakie ma ona znaczenie?

— Myślę, że refleksja etyczna będzie miała dobre skutki w postawach młodych lekarzy, którzy odmawiają pewnych aktów - na przykład przerywania ciąży. Bardzo ważne jest, by kształcenie lekarzy nie koncentrowało się tylko na zdobywaniu zawodowych umiejętności, ale również na umiejętności dostrzeżenia człowieka w jego kontekście życiowym, w jego godności, w jego powołaniu, w jego otoczeniu, m.in. rodziny, wiary i religii. Cenne są spotkania, zrzeszanie środowisk lekarskich, jak np. na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym, inicjowane przez stowarzyszenie "Soli Deo", które cyklicznie organizuje spotkania-konferencje w ramach Akademii Bioetycznej.

Młodzi lekarze inspirowani nauczaniem Jana Pawła II chcą zachowywać etykę lekarską. Wydaje się, że trudniej dotrzeć do starszych lekarzy, którzy np. całe lata wykonywali aborcje.

— Niektórzy z nich się nawracają. Doktor Nathanson był tego przykładem i na pewno nie jedynym. Do pokolenia starszych lekarzy łatwiej jest dotrzeć, gdy są już emerytami, pozostając mistrzami. Wówczas mają więcej czasu, także na refleksję. W zawodzie lekarskim brak czasu jest chroniczny. Lekarze często nie mają zbyt wielu okazji, by się zastanowić nad tym, co robią. Dlatego tak ważne jest, by kształtować środowiska lekarskie, środowiska Polskiego Towarzystwa Lekarskiego, związków zawodowych, które by tworzyły kadry kształcenia i budzenia sumień lekarskich.

Na terenie diecezji warszawsko-praskiej odbywa się taka formacja. Jakie są jej efekty?

— Nie są to systematyczne spotkania. W grudniu przeżywaliśmy spotkanie opłatkowe, które zawsze jest okazją do rozmów, a więc też pewnej formacji. Spotkania opłatkowe poprzedzają zwykle rekolekcje dla lekarzy. W zeszłym roku sam je prowadziłem i wiem, że lekarze przyjęli je z wielką wdzięcznością. Jednak w stosunku do liczby lekarzy pracujących w całej Warszawie ta formacja obejmuje stosunkowo małą grupę środowiska medycznego. Wierzę, że ci, którzy w nich uczestniczą, swą wiedzę przekazują innym lekarzom w swoich środowiskach.

Co wpłynęło na etyczne ukształtowanie Księdza Arcybiskupa jako lekarza?

— Od czasu studiów medycznych byłem wrażliwy na myślenie etyczne. Wówczas wykładano filozofię marksistowską - przez analogię do innych przedmiotów medycznych nazywaliśmy ją filozofią patologiczną. Oczywiście była nie do przyjęcia jako norma postępowania. Mimo to dawała pewną znajomość słownictwa filozoficznego i sposobu rozumowania. W naszym środowisku studenckim dyskutowaliśmy o problemach etycznych. W Polsce były to ponure czasy masowych aborcji, które wciąż wpływają na dzisiejsze postawy lekarzy. Niestety, ludziom się wydaje, że jeśli coś jest prawnie dozwolone, jest również etycznie poprawne. A tak często nie jest. Dlatego tak istotna jest walka o dobre prawo, prawo etyczne, by prawo chroniło życie ludzkie i chroniło człowieka w jego integralności. Dzisiaj znów jesteśmy świadkami dyskusji bioetycznych, ścierania się ze sobą skrajnych prądów ideologicznych, które stoją w jawnej opozycji do nauczania Kościoła.

Dlaczego są one tak groźne?

— Jeden z tych aspektów dotyczy początków życia ludzkiego, istoty prokreacji, którą inni - używając języka urzeczowionego, języka biologicznego - nazywają reprodukcją. Druga grupa problemów jest związana z końcem życia ludzkiego. Poza tym mamy do czynienia z coraz bardziej nasiloną eugeniką, nierzadko w podejściu do wad genetycznych. Diagnostyka prenatalna ułatwia i umożliwia eliminację dotkniętych nimi dzieci poprzez przerwanie ciąży, jak to coraz częściej dotyczy dzieci z zespołem Downa. Uprawnione i konieczne jest leczenie wad genetycznych możliwie jak najwcześniej. Gdy tworzy się "organizmy genetycznie modyfikowane" w postaci człowieka, wchodzimy na drogę bardzo niebezpiecznych manipulacji genetycznego dziedzictwa ludzkości. Jest to forma eugeniki ryzykownej i niegodnej człowieka. Nie znamy też biologicznych i medycznych konsekwencji tego typu zabiegów.

Jednym z pozytywnych wyzwań dla medycyny zgodnej z etyką jest świetnie rozwijająca się naprotechnologia. Jak Kościół może włączyć się w promowanie tej dziedziny medycyny?

— Jest to szeroko zakrojona strategia leczenia niepłodności. Kościół ma ogromną rolę do odegrania. Naprotechnologia jest wielostopniowym działaniem, pierwszym jej etapem jest model Creightona - metoda obserwacji cyklu kobiecego, dzięki której można wykryć różne fazy tego cyklu, jego uwarunkowania hormonalne. Model Creightona to modyfikacja jednowskaźnikowej metody Billingsa, która zdała testy skuteczności i dokładności, w związku z czym może mieć zastosowanie zarówno w sytuacjach patologicznych, jak i fizjologicznych. Dlatego też ucząc tej metody w poradniach rodzinnych, uczymy ludzi odpowiedzialności za swoją płodność. Taka postawa z kolei prowadzi do uznania faktu, iż dziecko jest oczekiwanym darem, a nie produktem, jak to się dzieje podczas sztucznej prokreacji. Tak zwane techniki sztucznej prokreacji zawsze są krzywdą dla rodziców przez odebranie im wyłączności prokreacji, a przede wszystkim dla dziecka, które powstaje w ich wyniku.

Nieżyjący już ks. kard. Alfonso López Trujillo określił nauczanie o rodzinie, znaczeniu prokreacji, jako jedno z najważniejszych zadań dla Kościoła. Czy wiedza z zakresu naprotechnologii może stanowić podłoże do zrozumienia tych prawd?

— Trzeba umieć ująć wiedzę o naprotechnologii w prostych kategoriach katechetycznych, homiletycznych i ukazać ludziom, że to jest klasyczna medycyna w leczeniu osób z problemem płodności. Nie polega on na pozyskiwaniu dziecka przez osoby, które nadal niepłodnymi pozostają.
    Oczywiście problemy związane z ludzką prokreacją promieniują na wszystkie wymiary ludzkiego istnienia. Przypominają w pewien sposób, że człowiek jest nie tylko bytem biologicznym porównywalnym do innych, ale jego struktura, sposób działania przewyższa stan rzeczy i biologii, w związku z tym jest bytem zupełnie wyjątkowym, który ma niepowtarzalne stanowisko w świecie stworzonym. I jednocześnie człowiek jest jedynym bytem, który ma świadomość swego istnienia, ponadczasową i ponadprzestrzenną. Stąd wynika odpowiedzialność wobec samego siebie, wobec drugiego człowieka i wobec Pana Boga.

Zauważamy, że tej prawdy ludziom zaczyna brakować, przejawia się w bezrefleksyjnym podejściu do człowieka, przyczyniła się do tego chociażby antykoncepcja...

— Z pewnością banalizacja płci jest wynikiem antykoncepcji. Przez antykoncepcję, jej promowanie ludzie nie znają swojej płodności. A nie można szanować czegoś, czego się nie zna i co się eliminuje. Nie mam obaw, jeśli chodzi o uczenie i doprowadzenie do świadomości własnej płodności młodzieży. Jest to bardzo aktualne zadanie, ale umiejętność rozpoznania faz płodności jest niezwykle ważna w jej wychowaniu. Młodzież nie będzie szanowała swej płodności, gdy jej nie zna. Zgadzam się ze śp. Johnem Billingsem, który uważał, że powinno się młodzież kształcić i formować w tym właśnie zakresie.

Nauka o naprotechnologii wypływa z encykliki "Humanae vitae". Wydaje się, że rodziny, które są wierne temu nauczaniu, pozostają pewną oazą normalności, nadziei na jedność małżeńską, w zalewie kłamstw dają nadzieję na ocalenie prawdy o rodzinie.

— Encyklika Pawła VI przypomina coś bardzo ważnego: że procesy biologiczne, odpowiedzialne rodzicielstwo oznacza znajomość i poszanowanie właściwych im funkcji, rozum człowieka bowiem odkrywa w zdolności dawania życia prawa biologiczne, które są częścią osoby ludzkiej. Dziś wciąż warto uświadomić fundamentalną prawdę o rodzinie, wyjaśnić różnicę między mężczyzną i kobietą, odkryć i zaakceptować ją. Małżeństwo polega na komplementarności mężczyzny i kobiety, a nie szukaniu jakiejś identyczności, co dziś chce nam wmówić agresywny feminizm. Maskulinizacja kobiety i feminizacja mężczyzny ma zatrzeć różnice płciowe, a stąd jeden krok do zupełnej aberracji ideologicznej, jaką jest ideologia gender. Na polskich uczelniach wykłady na ten temat są już aplikowane studentom za publiczne pieniądze. A przecież jest to pseudonauka, typowy przykład ideologizacji wiedzy. Na jej upowszechnianiu zależy tym, którym zależy na negacji Boga i ludzkiej natury.

Wobec tych ideologii bogate nauczanie Kościoła dotyczące rodziny pozostaje wciąż mało znane. Zmienia się język dokumentów Kościoła. Wydaje się on bardziej empatyczny. To dobry krok, by język ten był bardziej zrozumiały, a dzięki temu bardziej powszechny?

— Na pewno nauka Kościoła musi wyrażać się językiem naukowym, bo to jest język precyzyjny. Natomiast rolą nauczyciela, rolą katechety, homiletyka jest umiejętność przełożenia tego języka na język zrozumiały, prosty, przyswajalny, którym ludzie na co dzień się posługują. Najlepszą szkołą jest Ewangelia. Pan Jezus ciągle posługiwał się porównaniami, parabolami wziętymi z prostego życia, używał prostych porównań, prostych pojęć, a był przecież Logosem tego świata. Oczywiście Kościół zakorzeniony w Biblii ma tendencję do używania języka agrarnego, który jest coraz bardziej odległy od przeżyć ludzi wielkich miast i trzeba szukać porównań bardziej bliskich ludziom, by trudne naukowe sformułowania przełożyć na język egzystencjalny. Taki język można zrozumieć i za nim pójść. Często mówimy: Kościół zabrania tego, nauka Kościoła mówi o tym, a ludzie pytają, dlaczego. I odpowiedź na pytanie "dlaczego?" stanowi klucz, by jakąś prawdę przyjąć jako swoją i nią żyć.

Jan Paweł II często podkreślał, iż nigdy dość delikatności w mówieniu o sprawach ludzkiej seksualności. Jak zachować granicę, by w przekazie nie zbanalizować prawdy o ludzkiej płciowości?

— Trzeba uważać, by nie pójść za nurtem kultury masowej, która dzisiaj utwierdza obiegowe przekonanie, które czasami próbuje się wprowadzić do nauczania Kościoła. Dlatego to nauczanie Kościoła powinno być bardziej oryginalne i alternatywne w stosunku do powszechnego medialnego nurtu, który bez przerwy płynie z ekranu, internetu. Powinniśmy się odznaczać atrakcyjną, radykalną nowością. Miał tę zdolność Jan Paweł II. Jest to kwestia inteligencji przekazu. Ma pani rację, Kościół stoi przed ogromnym problemem komunikacji: ma nagromadzone ogromne skarby, ale nie umie ich przekazać innym. I stąd, z jednej strony, archaiczny język, a z drugiej - język zbyt techniczny ludziom niewiele mówi.
    Życie intymne, płciowość ludzka koncentruje się tylko na przeżywaniu przyjemności. Jest to ogromny redukcjonizm, banalizacja znaczenia intymnego aktu małżeńskiego. Przecież przeżycie przyjemności spotkania w intymnym akcie małżeńskim jest gratyfikacją za miłość, za jakość relacji małżeńskich w ogóle. I ta miłość musi najpierw istnieć. W innym wypadku jest to po prostu bliskie mentalności pornograficznej.

Jak więc nie poddać się takiemu przekazowi medialnemu?

— Dzisiejsza etyka mediów kieruje się emocjami i jest afektywną etyką doznań i wrażeń. Dlatego trzeba zachować zdrowy rozsądek, by nie ulec medialnej propagandzie. Proszę zwrócić uwagę, dziennikarze pytają: "Co pan/pani czuje?", "Jak pan to odebrał?", rzadziej padają pytania: "Co pan myśli?". Uważam, że takie sentymentalne podejście do wielu problemów jest błędne. Nie wolno nam zatracić racjonalności w naszym przekazie. Człowiek jest bytem racjonalnym i musi zrozumieć, nie tylko czuć, ale myśleć i zrozumieć.

Bóg zapłać za rozmowę.

Małgorzata Jędrzejczyk


fot. R. Sobkowicz

Za: „Nasz Dziennik”  31 XII 2011 - 1 I 2012 , Nr 304 (4235)


| Powrót do czytelni |   Do góry strony