Jan Paweł II i Prymas Stefan Wyszyński wobec wyzwania komunizmu

Antemurale Christianitatis

Wiek XX był areną niezwykłego ataku ze strony "synów ciemności". W jego następstwie życie straciły setki milionów ludzi. Stali się oni ofiarami dwóch totalitarnych lewicowych ideologii: komunizmu i narodowego socjalizmu. Polska znalazła się na pierwszej linii toczonej walki. Walki, w której nasz Naród zapłacił wysoką cenę, ale z której wyszedł zwycięsko. Zrodził też dwóch wielkich synów Kościoła i obrońców wolności człowieka: Papieża Jana Pawła II i Prymasa Tysiąclecia kard. Stefana Wyszyńskiego.

Niestety, tylko nieliczni przewidzieli skutki wprowadzania w życie idei komunistycznej w jej rosyjskim, bolszewickim wcieleniu. Wielu za to, wbrew faktom, broniło założeń tej utopii. Jej obrońców nie brakuje nawet i dzisiaj, po hekatombie niewinnych ofiar...

Wśród tych, którzy ostrzegali przed śmiertelnie niebezpieczną ideologią, byli dwaj Polacy: pisarz Jan Parandowski i rektor Uniwersytetu Wileńskiego prof. Marian Zdziechowski. Parandowski już w roku 1920 w broszurze "Bolszewizm i bolszewicy w Rosji" pisał:
    "Powstaje nowy typ człowieka – bolszewik – który życie ludzkie mało waży, albowiem widzi przed sobą tylko spełniający się raj ziemski. Dobro ludzkie i mienie nie istnieją dla niego, albowiem uważa je za wspólne, a więc własne. (...) Czyż więc dziwić się możemy, że bolszewik zabija, pali i rabuje".

Z kolei prof. Marian Zdziechowski w roku 1938, wstrząśnięty wydarzeniami w Luboniu pod Poznaniem, gdzie podczas odprawianej Mszy św. został zamordowany przez komunistę ks. Stanisław Streich, napisał "Widmo przyszłości". Zawarł tam znamienne słowa:
    "Bo co jest celem bolszewizmu? Walka z Bogiem, z ideą Boga, doszczętne wytrzebienie jej z duszy człowieka".

Zdaniem autora, nadciągającej katastrofie zapobiec mogła tylko świętość, którą określał jako ducha Kościoła: "(...) To potężny prąd apostolstwa, płynący przez historię. Może ten prąd zmiecie wysiłki piekła...".

Zagrożenia narastające dla Polski zarówno ze Wschodu, jak i z Zachodu śledził z niepokojem, ale i znajomością rzeczy młody ksiądz Stefan Wyszyński, w latach 20. pracujący we Włocławku, niesłychanie popularny wśród robotników, kujawskich chłopów i bezrobotnych.

Swą pracę prefekta w szkole przy słynnej później "Celulozie" tak wspominał:
    "(...) Obok szkółki stały potężne gmachy wielkiej fabryki, z cackami precyzyjnych maszyn, gdzie robotnicy pracowali w białych kitlach, aby... nie przybrudzić maszyn! Pod tymi kolosami mieściła się szkoła – zwykła buda. (...) przynosiliśmy tyle błota, że siedzieliśmy i uczyliśmy w błocie. Dzieci były blade, wynędzniałe, okutane we wszystkie, jakie tylko można było znaleźć w domu łachy".
    (Zwróćmy uwagę na rzecz charakterystyczną: błogosławieni Jan Paweł II i ks. Jerzy Popiełuszko również zetknęli się z obcym początkowo dla siebie środowiskiem robotniczym, by następnie zaangażować się z całkowitym oddaniem w problemy ludzi świata pracy. Śmiało rzec można, że ich prekursorem na tym polu był ks. Stefan Wyszyński).

Ksiądz Wyszyński zawsze był wyczulony na krzywdę i nędzę swoich podopiecznych. A tej w odradzającej się po 123 latach niewoli II Rzeczypospolitej nie brakowało. W dwudziestoleciu międzywojennym sytuacja ekonomiczna polskich robotników stopniowo zmieniała się na lepsze, lecz demagodzy komunistyczni wciąż mieli szerokie pole do działania.

Walka światów

Ksiądz Stefan szybko zorientował się, że o ile nazizmem zarazić się mogą tylko jednostki, o tyle komunizm stanowi wielkie zagrożenie, zwłaszcza dla części laickiej inteligencji. Wyraźną ekspansję ideologii komunistycznej obserwował z rosnącym niepokojem. Swoje poglądy przyszły Prymas Polski wyrażał w latach 30. na łamach opiniotwórczego miesięcznika "Ateneum Kapłańskie", m.in. w artykułach: "Inteligencja w straży przedniej komunizmu" i "Kultura bolszewizmu a inteligencja polska".

Walkę, jaka toczyła się między chrześcijaństwem a bolszewizmem, widział w najgłębszym, duchowym wymiarze jako konfrontację między dobrem i złem, w której Polska występowała znów jako "antemurale Christianitatis".
    Pisał:
    "Duch komunizmu jest negacją ducha w ogóle, zaprzeczeniem duchowej istoty człowieka, fałsz komunizmu jest fałszem bezbożnym. Komunizm odrzucił Boga nie w imię człowieka, ale w imię trzeciej zasady, w imię społecznego kolektywu, nowego bóstwa. (...) Walczą ze sobą dwa światy, dwa porządki: ateistyczny komunizm i chrześcijaństwo. (...) Kościół jest spokojny o wynik nowej wszechświatowej wojny ludzkości. Dlaczego? Bo wynik tej wojny zależy od zasad, w imię których jest prowadzona. A ścierają się dwie wielkie zasady: nienawiści i miłości".

Nadciągające niebezpieczeństwo, niedostrzegane przez Polaków po tryumfie z roku 1920, diagnozował ks. Wyszyński wielowymiarowo:
    "Grozi ono wszystkim: Kościołowi – swym ateizmem i materializmem, państwu – całkowitą jego negacją, narodowi – swym internacjonalizmem, rodzinie, społeczeństwu, stanom i zawodom – swą jednoklasowością, człowiekowi samemu – duchem kolektywizmu".

Ale jednocześnie przewidywał, że w powstrzymaniu zbrodniczego systemu Polska odegra wielką rolę:
    "Pochód komunizmu na Zachód napotka przeszkodę u wrót Polski. Społeczeństwo nasze, dzięki swej wielkiej jeszcze sile religijno–moralnej, z trudem podtrzymywanej pracą Kościoła, tworzy wał ochronny".

Toteż z radością przyjął ogłoszenie w roku 1937 encykliki Piusa XI "Divini Redemptoris" poświęconej walce z komunizmem. Nawiązując do nauki Papieża, ks. Stefan Wyszyński napisał:
    "Przewodnią jej zasadą jest, że komunizm z katolicyzmem pogodzić się nie da. (...) Ponieważ niebezpieczeństwo komunizmu wszystkim zagraża i przenika wszystkie przejawy życia, musi być zwalczane zgodnym wysiłkiem całego społeczeństwa (...)".
    Tym przekonaniom Stefan Wyszyński pozostał wierny przez całe życie, jako kapłan i Polak.

Znając poglądy ks. Wyszyńskiego, aż trudno uwierzyć, iż oskarżano go o... komunizowanie. Byli nawet tacy, którzy nazywali go "czerwonym księdzem". Działo się tak dlatego, że głosił i usiłował wprowadzać w czyn zasady społecznego solidaryzmu i korporacjonizmu, przeciwne egoistycznemu kapitalizmowi, a z drugiej – komunizmowi i narodowemu socjalizmowi. Miał świadomość, że zwłaszcza na polskiej wsi musi się wiele zmienić, by była ona bardziej odporna na wszelkie pokusy kolektywizmu (proletaryzmu – jak wówczas mówiono) i ateizmu, dążących do uczynienia z ludzi niewolników. Nie wszyscy wówczas byli to w stanie zrozumieć.

Druga wojna światowa potwierdziła najgorsze przewidywania ks. Wyszyńskiego. W jej wyniku Polska, zdradzona przez aliantów, znalazła się pod okupacją sowieckiego reżimu. Niestety, wszystko wskazywało na to, iż potrwa ona o wiele dłużej niż niemiecka.

Po odbudowie gmachu seminarium we Włocławku, w czerwcu 1945 r. powrócili do niego klerycy. Ksiądz Stefan Wyszyński poza pracą dydaktyczną i wychowawczą wśród przyszłych księży ma szereg innych obowiązków. Staje na czele redakcji wznowionej "Kroniki Diecezji Włocławskiej". Nieformalnie kieruje też katolickim tygodnikiem "Ład Boży" – jako redaktor naczelny był bowiem dla komunistów nie do przyjęcia, prezentując (konsekwentnie od lat międzywojennych) jednoznacznie negatywne stanowisko wobec totalitarnego ustroju.

Już jako biskup lubelski w lipcu 1946 r. ks. Stefan Wyszyński odwiedził były niemiecki obóz koncentracyjny na Majdanku. Powiedział tam:
    "Majdanek ostrzega i narody muszą stanąć w obronie praw człowieka do życia. Najważniejszym dziś problemem świata nie jest taki czy inny ustrój polityczny, społeczny czy gospodarczy. Najważniejszy problem dotyczy praw osoby ludzkiej, obrony czci i godności człowieka, którego nie wolno bezkarnie zamieniać na popiół. Wszyscy, którzy prowadzą dalej pracę niszczenia człowieka, należą do tego samego obozu, który tu szalał i który tu przegrał swą wyprawę nienawiści".

Nowemu biskupowi bacznie przyglądali się komuniści. Wojewódzki Urząd Bezpieczeństwa Publicznego w Lublinie tak go scharakteryzuje:
    "Działalność jego nacechowana jest zdecydowanie wrogim stosunkiem do marksizmu. Biskup Wyszyński prowadzi różnorodną wrogą działalność antyludową i antyradziecką. W swych kazaniach, konferencjach wszelkimi mniej lub więcej wyrafinowanymi sposobami usiłuje zohydzić obecny ustrój".
    Wkrótce resort uzna ks. bp. Stefana Wyszyńskiego za najniebezpieczniejszego hierarchę w kraju.

Po zerwaniu konkordatu przez władze w 1945 r. w obronie Piusa XII podniosło się niewiele głosów. Tym mocniej słychać więc było biskupa z Lublina. W marcu 1946 r. w "Tygodniku Warszawskim" napisał:
    "Już w czasie wojny Pius XII wysuwał cały szereg postulatów, które nie mogły być popularne ani wśród państw totalistycznych, ani dla państw koalicyjnych. Walka Kościoła o prawa osoby ludzkiej w państwie godziła w totalizm. (...) Zbuntowany przeciwko Bogu wewnętrznie człowiek dobiera sobie dopiero środki, z pomocą których mógłby ten swój bunt wypowiedzieć. Wybór pada niekiedy na środki polityczne, prawno–publiczne, gospodarcze, społeczne, itp. Stają się one wtedy narzędziami walki z Bogiem, z pomocą których człowiek wyładowuje całą swoją wewnętrzną mękę i czyni swoiste "ateistyczne wyznanie wiary" w Boga, którego trzeba zabić, by głosu Jego nie słyszeć".

Non possumus!

Już jako Prymas Polski następca zmarłego ks. kard. Augusta Hlonda ks. kard. Stefan Wyszyński za nadrzędny cel uznawał przetrwanie Kościoła w Polsce, ocalenie duchowieństwa i wiernych oraz przygotowanie ich do ostatecznej konfrontacji z reżimem. W jego ocenie, sytuacja geopolityczna miała się nieprędko zmienić. Chciał, by Naród doczekał lepszych, normalnych czasów. Stąd jego próba ułożenia tymczasowego modus vivendi z komunistami i podpisanie w roku 1950 porozumienia, które pozwalało Kościołowi zachować wewnętrzną autonomię i ścisłą więź ze Stolicą Apostolską. Za cenę jednak wielu ustępstw natury politycznej.

Niestety, wszystkie ustalenia niemal natychmiast po podpisaniu dokumentu były przez władze łamane. Jak reżim widział przyszłość stosunków z Kościołem, najlepiej mówi fragment listu Bolesława Bieruta do Stalina:
    "Na bazie tego pożytecznego dla nas kompromisu będziemy rozwijać dalsze natarcie w celu ograniczenia wpływu Kościoła katolickiego w naszym kraju".

W momencie gdy komuniści chcieli sami decydować o nominacjach na stanowiska kościelne, Prymas Wyszyński zrozumiał, że dalej cofać się już nie można.

8 maja 1953 r. Episkopat Polski, nakłoniony przez ks. kard. Stefana Wyszyńskiego, wydaje słynny memoriał, w którym znalazły się słowa:
    "(...) położenie Kościoła w Polsce nie tylko się w sposób trwały nie poprawia, lecz przeciwnie, stale się pogarsza (...). Odpowiedzialność za wszystko spada na ideologię marksizmu, na doktrynę, która głosi nienawiść do ludzi, przeciwników ściga zemstą, a nawet wśród braci szczepi podziały i waśnie. Jakżeż ta doktryna mogłaby być obojętna dla Ewangelii miłości, pokoju i przebaczenia? Obojętną nie jest. (...) A gdyby się zdarzyć miało, że czynniki zewnętrzne będą nam uniemożliwiały powoływanie na stanowiska duchowne ludzi właściwych i kompetentnych, jesteśmy zdecydowani nie obsadzać ich raczej wcale, niż oddawać religijne rządy dusz w ręce niegodne. (...) Rzeczy Bożych na ołtarzach Cezara składać nie można. NON POSSUMUS!".

Podczas procesji Bożego Ciała w Warszawie 4 czerwca 1953 r. Prymas Wyszyński, przemawiając do rzeszy wiernych, po raz pierwszy tak otwarcie ukazuje skalę zagrożenia wolności Kościoła i wzywa do moralnego wsparcia kapłanów:
    "Nie wolno sięgać do ołtarza, nie wolno stawać między Chrystusem a kapłanem, nie wolno gwałcić sumienia kapłana, nie wolno stawać między biskupem a kapłanem. Uczymy, że należy oddać, co jest Cezara Cezarowi, a co Bożego Bogu. Ale gdy Cezar siada na ołtarzu, to mówimy krótko: nie wolno!".

Wkrótce potem zostaje internowany. W więzieniu spędzić miał trzy lata. Ten okres Prymas Wyszyński wykorzysta m.in. na opracowanie planu przygotowania Polaków do Millennium w roku 1966 i do wcześniejszych Jasnogórskich Ślubów Narodu (1956).

Powiewy wiatru wolności wyczuł w więzieniu świetnie:
    "Jak szybki jest zmierzch »bogów«, czynionych ludzkimi rękami! I przed tymi bogami miałby ustąpić Bóg Żywy, dla którego miejsca nie ma w państwie marksistowskim. (...). I dla takich złudnych mgieł miałby Kościół iść na służbę doktryny, która jutro potępi i odrzuci to, co wczoraj wynosiła »na ołtarze«?!".

Prymas opuści klasztor w Komańczy jesienią 1956 roku. Od roku 1958 będzie mógł liczyć na bliską współpracę z młodym krakowskim biskupem Karolem Wojtyłą.

Karol Wojtyła, urodzony w roku 1920, roku Cudu nad Wisłą, podobnie jak Prymas nigdy nie żywił żadnych złudzeń co do istoty komunizmu. Przez długie lata nie był jednak tak bezpośrednio zaangażowany w walkę polityczną jak Wyszyński. Od momentu swej nominacji biskupiej z ogromnym zapałem zajął się kierowaniem diecezją krakowską. I tu na każdym kroku przeciwstawiał się komunistycznej władzy – domagał się budowy nowych kościołów na robotniczych osiedlach, występował w obronie prawa młodzieży do nauczania religii w szkołach, uparcie żądał przywrócenia tradycyjnej trasy procesji Bożego Ciała na Stary Rynek. Czynił to w sposób stanowczy, lecz dyplomatyczny. I to może nieco zmyliło władze. W ocenie totalitarnego zła był bowiem równie bezwzględny jak Prymas. Już jako Papież przypomni, jak przez dziesięciolecia dążono do
    "usunięcia Boga i Jego obrazu z pola widzenia człowieka", czego rezultatem było zastąpienie Go fałszywą religią "totalitarnych ideologii (...) nazistowskiego pogaństwa i dogmatu marksistowskiego".

Jako filozof ścierał się z ideologią marksistowską na innym niż Prymas Stefan Wyszyński gruncie. Jego wizja personalistycznego katolicyzmu tylko pozornie różniła się od klasycznego, tomistycznego widzenia świata przez ks. kard. Wyszyńskiego. W rzeczywistości obaj byli "realistami" w tym znaczeniu, iż pokładali wielką wiarę w możliwości ludzkiego umysłu. Byli przekonani, iż człowiek rozumny jest w stanie pojąć prawdę objawioną i uzyskać odpowiedzi na podstawowe egzystencjalne pytania, co stanowić miało podstawę do działań odważnych i racjonalnych.

I pomyśleć, że tych dwóch ludzi władze miały nadzieję skłócić ze sobą... Trudno było o większą pomyłkę. Zamiast jednego niezłomnego kardynała reżim doczekał się dwóch. I to działających ręka w rękę.

Los komunizmu rozstrzygnie się w Polsce

Karol Wojtyła już podczas prac II Soboru Watykańskiego z zaskoczeniem obserwował życzliwe zainteresowanie części zachodnich filozofów chrześcijańskich "fascynującą abstrakcją" marksizmu. On sam, mając za sobą doświadczenie konfrontacji z totalitaryzmem, wiedział doskonale, jakie zło wynika z wprowadzania w życie utopii. Bliskie mu były słowa niemieckiego poety Friedricha Hölderlina:
    "Każda próba budowania raju na ziemi kończy się stworzeniem piekła".

Prymasowi Stefanowi Wyszyńskiemu i ks. kard. Karolowi Wojtyle przyjdzie razem stoczyć rozstrzygający bój o duszę Ojczyzny. Czym on się zakończy, trafnie przepowiedział Prymas w 1957 r.:
    "Los komunizmu rozstrzygnie się w Polsce. Jak Polska się uchrześcijani, stanie się wielką siłą moralną, komunizm sam przez się upadnie. Losy komunizmu rozstrzygną się nie w Rosji, lecz w Polsce. Polska pokaże całemu światu, jak się brać do komunizmu i cały świat będzie jej wdzięczny za to".

Doświadczenia polskich katolików z komunizmem przedstawił Prymas już przed pierwszą sesją Soboru. Wnikliwość jego diagnozy była w tym względzie doprawdy niezwykła:
    "Komunizm został w Polsce narzucony siłą przez ZSRR, na skutek powojennego układu politycznego. Wszystko, co Polakom jest narzucone siłą, budzi w nich zdecydowany psychiczny opór, nie do przezwyciężenia. Polacy są narodem indywidualistów, miłujących własne zdanie i własną wolność. Nie nadają się do ustroju koszarowego. (...) Sami komuniści doszli do wniosku, że nie mogą zdobywać społeczeństwa wprost na marksizm ani na ateizm i dlatego chcą brać na co innego, np. na postęp, na indyferentyzm religijny. Uważają, że półinteligentów zdobędą na miraż postępowości (...) liczą na skuteczność przemilczania Boga, na indyferentyzm religijny. (...) Marksizm to wróg odchodzący, indyferentyzm to wróg potężniejszy. Przychodzi mu z pomocą praktyczny materializm (...)".

Trafna to i, niestety, ciągle aktualna diagnoza.

Ksiądz Karol Wojtyła, jako drugi polski kardynał, również rozczarował rządzących. Mimo że nie stał, siłą rzeczy, tak jak Prymas na pierwszej linii frontu, to jego działalność budziła coraz żywszy niepokój. Rzadziej mówił wprost o komunizmie, ale starał się budować program pozytywny, integrować lokalną społeczność, pogłębiać ducha wiary, pobudzać życie intelektualne wiernych. Mocno poparł ks. Franciszka Blachnickiego, który stworzył Ruch "Światło–Życie". Stanie się on wkrótce najbardziej masową organizacją młodzieżową w całym bloku komunistycznym! Był także mecenasem i opiekunem corocznego Sacrosongu – festiwalu piosenki religijnej, będącego oazą wolnego, nieskrępowanego cenzurą słowa. Wierzył, że budowana w ten sposób wolność duchowa przyczyni się, prędzej czy później, do odzyskania przez Polskę i Europę Wschodnią prawdziwej wolności.

Z niezwykłą mocą mówił o niej w czasie procesji Bożego Ciała w roku 1978:
    "Chcemy, ażeby dziedzictwo polskiej kultury, bez żadnych dewiacji, było przekazywane coraz to nowym pokoleniom Polaków! Naród żyje prawdą o sobie. Ma prawo do prawdy o sobie! I tę prawdę ma prawo zdobywać! (...) Nie można krzywić i paczyć duszy młodego Polaka, bo wyrwany z tej głębokiej tysiącletniej gleby przestaje wiedzieć, kim jest, i łatwo staje się pastwą swoich słabości (...)".

Widać już w tych pięknych, mocnych słowach zarys nauczania papieskiego z pierwszych pielgrzymek do Polski.

Amerykański prezydent Ronald Reagan wspominał po latach ich wspólne spotkanie w okresie stanu wojennego:
    "Obaj uznawaliśmy, że w Jałcie popełniono poważny błąd wymagający naprawy. »Solidarność« mogła się okazać doskonałym instrumentem do przeprowadzenia tej operacji".
    Oczywiście dla Ojca Świętego najważniejszy był zawsze duchowy, moralny, a nie ściśle polityczny aspekt walki z komunizmem.

Doświadczenia wyniesione z Ojczyzny (i śledzenie jej losów w kolejnych latach), podróże apostolskie do różnych krajów, wreszcie niezliczone spotkania i rozmowy pozwoliły Ojcu Świętemu na wnikliwe przeanalizowanie istoty różnych systemów społeczno–politycznych oraz towarzyszących im przejawów zła i niesprawiedliwości.

W latach 90. w rozmowie z Vittorio Messorim następująco zarysuje powody upadku komunizmu w świecie:
    "(...) działanie Boga stało się jakby widzialne w dziejach naszego stulecia poprzez upadek komunizmu. Nie byłbym skłonny do zbytniego upraszczania tych rzeczy. To, co nazywamy komunizmem, ma swoją historię. Jest to historia sprzeciwu wobec ludzkiej niesprawiedliwości, co przypomniałem w Encyklice »Laborem exercens«. (...) Może również na to został wezwany z »dalekiego kraju« ten papież, może na to był potrzebny zamach na placu św. Piotra właśnie 13 maja 1981 r., ażeby to wszystko stało się bardziej przejrzyste i zrozumiałe, ażeby głos Boga mówiącego poprzez dzieje człowieka w »znakach czasu« mógł być łatwiej słyszany i łatwiej zrozumiany?".

W czasie trzech pierwszych pielgrzymek do Polski Papież Polak mówił "do nas i za nas", także o komunizmie. Piętnował zło i zbrodnie systemu, unikając słów, które mogłyby doprowadzić do eskalacji napięć i przelewu krwi. Wzywał nas jednak do "długomyślnej" odwagi.

Przypomnieć tu warto nieco zapomniane słowa, które wypowiedział Jan Paweł II w Lublinie na KUL w roku 1987. Stanowiły one niejako oś nauczania jego trzeciej pielgrzymki do Polski:
    "(...) Okres Oświecenia, a bardziej jeszcze wiek XIX, rozwinął tezę o antynomii pomiędzy nauką a religią. Antynomia ta zrodziła też pogląd (zwłaszcza w marksizmie) o charakterze alienacyjnym wszelkiej religii. (...) Stanowisko powyższe bywało głoszone ze stanowczością i postulowane, a nawet wymagane w odnośnych środowiskach jako synonim jedynie naukowej metody, co więcej, »naukowego światopoglądu«. Współcześnie daje się zauważyć nie tak bezwzględną stanowczość w tej dziedzinie. (...) Zdaje się także, iż człowiek współczesny coraz bardziej zdaje sobie sprawę z tego, że Bóg (a więc i religia) – zwłaszcza zaś Bóg osobowy Biblii i Ewangelii, Bóg Jezusa Chrystusa – pozostaje ostatnim (i ostatecznym) gwarantem ludzkiej podmiotowości, wolności ludzkiego ducha, zwłaszcza zaś w warunkach, w których ta wolność i podmiotowość bywa zagrożona nie tylko w sensie teoretycznym, ale bardziej jeszcze praktycznym".

Już jako Papież, w ciągu kilku lat, doprowadzi do upadku tak groźnej dla Ameryki Łacińskiej marksistowskiej "teologii wyzwolenia". Nie ulęknie się też stawić czoła sandinistowskim bojówkarzom w czasie swej pielgrzymki do Nikaragui w roku 1983. Nie dając się zastraszyć uzbrojonym bojówkarzom zakłócającym Mszę św. i stanąwszy przed nimi, donośnie zawołał: "Silencio!". Na placu pełnym czerwonych flag zapadła nagle pełna szacunku cisza...

Ojciec Święty wszędzie, gdzie się zjawiał, był szermierzem wolności. Zarówno w komunistycznych krajach Europy Wschodniej, na Kubie, w Paragwaju czy też na Filipinach i w Chile, gdzie przeciwstawiał się z kolei reżimom autorytarnym, wzywał do przywrócenia swobód obywatelskich. I często, tak jak na Filipinach czy w Polsce, wkrótce po jego odjeździe wiatr wolności obalał systemy przemocy.

Papież Jan Paweł II był głową Kościoła, lecz także dramaturgiem i poetą. Polacy mogli dużo wcześniej przeczytać to, co pisał biskup–poeta, wzywając swój Naród do wielkości. Takie wyzwanie stawiał przed nami już w poemacie "Myśląc ojczyzna" z 1974 r.:


Czyż może historia popłynąć przeciw prądowi sumień? (...)
Obyśmy nie stracili sprzed oczu tej przejrzystości, z jaką przychodzą ku nam wydarzenia zabłąkane w niewymiernej wieży, w której człowiek jednakże wie, dokąd idzie. Miłość sama równoważy los.
Obyśmy nie rozszerzali wymiarów cienia.
Promień światła niechaj pada w serca i prześwietla mroki pokoleń. Strumień mocy niech przenika słabości.
Nie możemy godzić się na słabość.

Do wyzwań, przed którymi staje każdy człowiek i cały naród, powróci jeszcze w późniejszym utworze "Stanisław":


Na glebę naszej wolności upada miecz.
Na glebę naszej wolności upada krew.
Który ciężar przeważy?
Kończy się pierwszy wiek.
Zaczyna się drugi wiek.
Bierzemy w swoje ręce ZARYS nieuchronnego czasu.

I Prymas Tysiąclecia w swoich profetycznych pismach i wystąpieniach, i ks. kard. Karol Wojtyła jako Następca Świętego Piotra, filozof i poeta, mówili nam to samo. Godność człowieka jest wartością wielką i niezbywalną. Żadne utopijne ideologie nie rozwiążą odwiecznych dylematów ludzkości. Odpowiedzi szukać winniśmy w nauce Jezusa Chrystusa.

Janusz Kotański
Autor jest historykiem, poetą, współpracuje z Muzeum Jana Pawła II i Stefana Kardynała Wyszyńskiego w Warszawie.

Za: „Nasz Dziennik”  3 czerwca 2011, Nr 128 (4059)


| Powrót do czytelni |   Do góry strony