Zamachy w rosyjskich miastach, wybuchy bomb i wielka kampania kłamstwa – kulisy dojścia do władzy Władimira Putina

Operacja „Hiroszima”


Władimir Putin nie zamierza oddawaċ władzy. W 2008 roku musiał wprawdzie odstąpiċ swój fotel lojalnemu wobec niego wicepremierowi Dmitrijowi Miedwiediewowi, ponieważ odgrywanie na Kremlu demokratycznej komedii wymagało przestrzegania zasad konstytucji – ta zaś nie dopuszczała możliwości sprawowania najwyższej władzy dłużej niż przez dwie czteroletnie kadencje. Władimir Władimirowicz zasiadł więc na krześle premiera, by przeczekaċ do kolejnych wyborów w 2012 roku.

W połowie września tego roku Miedwiediew okazał się lojalnym człowiekiem byłego prezydenta – wbrew pogłoskom o poważnym konflikcie i konkurencji między oboma przywódcami. Na zjeździe Jednej Rosji, największej partii politycznej w Federacji, stanowiącej matecznik obecnej ekipy kremlowskiej, Miedwiediew oświadczył – zgodnie z oczekiwaniami Putina – że nie będzie startował w wyborach 2012 roku, ponieważ lepszym od niego kandydatem jest Władimir Władimirowicz.


Wywołaċ wojnę

Były pułkownik KGB zamierza więc w przyszłym roku po raz drugi sięgnąċ po pełnię władzy. Otworem stoją przed nim znów dwie kadencje, teraz już sześcioletnie, bo w listopadzie 2008 roku Duma dokonała stosownych zmian w konstytucji. Ludzie Putina odegrają w przyszłym roku farsę demokracji – bo w dzisiejszej Rosji trudno wyobraziċ sobie niekontrolowane wybory – i kandydat Jednej Rosji otrzyma „demokratyczny” mandat do rządzenia.

Jego pierwszej walce o władzę jesienią 1999 roku towarzyszyły dramatyczne okoliczności: zamachy w rosyjskich miastach, wybuchy bomb i wielka kampania kłamstwa, przypisująca „czeczeńskim terrorystom” winę za śmierċ setek zwykłych Rosjan zamordowanych przez Federalną Służbę Bezpieczeństwa (FSB), której szefem był do sierpnia 1999 roku Putin. W mediach pojawiały się od czasu do czasu tropy wiodące w zupełnie innym niż Czeczenia kierunku, ale FSB, sukcesorka KGB, szybko je zacierała – nie dośċ jednak skutecznie, skoro prawda różnymi drogami wyciekła na światło dzienne. Droga ówczesnego premiera Putina do władzy zaczęła się od zbrodni popełnianych przez służbę bezpieczeństwa.

Seria wrześniowych eksplozji 1999 roku w Dagestanie, Moskwie i Wołgodońsku pozwoliła rozpętaċ drugą wojnę czeczeńską, której Putin potrzebował, by pogrążyċ cały kraj w chaosie i wykorzystaċ zamęt do odsunięcia Jelcyna. Po pierwszej – blisko trzyletniej i przerwanej w 1996 roku – wojnie w Czeczenii wciąż wrzało, a status republiki, dążącej do niepodległości, czekał na uregulowanie. Łatwo było wmówiċ Rosjanom, że Czeczeńcy chcą wymusiċ na Rosji rozstrzygnięcie, urządzając w Moskwie krwawe jatki.

Plan Putina się powiódł: w grudniu 1999 roku wymusił na Jelcynie odejście z Kremla za gwarancję nietykalności, a w maju 2000 roku wygrał wybory prezydenckie.


„Jestem z tajnego oddziału...”

„Tak, to ja wysadziłem w powietrze budynek przy ulicy Gurianowa w Moskwie. Nie jestem ani Czeczenem, ani Arabem, ani Dagestańczykiem. Nazywam się Władimir Kondratiew, jestem rodowitym Rosjaninem i majorem Federalnej Służby Bezpieczeństwa, a dokładniej, pracownikiem ściśle tajnego oddziału K–20” – tak zaczynał się list przesłany do moskiewskiej redakcji internetowego pisma FreeLance Bureau w marcu 2000 roku. Pracownicy pisma zamieścili go wprawdzie w internecie, ale wcześniej poinformowali o przesyłce FSB, ta zaś oświadczyła, że przejmuje sprawę. List Kondratiewa zniknął ze stron FreeLance Bureau i więcej nikt o nim nie słyszał. A przecież autor oświadczenia odnosił się do wypadków, które na długie lata przesądziły o przyszłości Rosji.

4 września 1999 roku służby urządziły prowokację w miejscowości Bujnaksk w rosyjskiej Republice Dagestanu graniczącej od zachodu z Czeczenią. Przed domem na rosyjskim osiedlu wojskowym eksplodowała ciężarówka wyładowana dynamitem. Zginęły 64 osoby, a kilkadziesiąt odniosło rany. Władze w Moskwie natychmiast odpowiedzialnością obarczyły „separatystów czeczeńskich”.

Zaraz potem rozpoczęła się wielka operacja „Hiroszima” – zamachy FSB na domy mieszkalne w Moskwie, przypisywane przez rosyjskie władze Czeczenom.

Tę wersję wydarzeń z jesieni 1999 roku przedstawiają dwaj rosyjscy historycy: Jurij Felsztinski, mieszkający w USA, oraz Władimir Pribyłowski. Tę samą tezę postawił i udowodnił, po czym zapłacił za to w 2006 roku życiem Aleksander Litwinienko, przyjaciel Felsztinskiego, zbiegły z Moskwy agent FSB, zabity w Wielkiej Brytanii radioaktywnym polonem przez rosyjskie służby. Po szczegóły warto sięgnąċ do książek zawierających drobiazgowe analizy każdego przypadku i wypowiedzi świadków, a także ujawniające skomplikowaną sieċ powiązań między służbami, generalicją, oligarchami a Kremlem. W publikacji „Wysadziċ Rosję” Litwinienko i Felsztinski dowodzą, że ataki przeprowadzone przez FSB dały pretekst do pacyfikacji Czeczenii. W „Korporacji zabójców” Felsztinskiego i Pribyłowskiego zamieścili przekonujące dowody na udział FSB w prowokacjach.


„Zaplanowaliśmy ataki w Moskwie”

Nocą 9 września 1999 roku ponad 400 kilogramów materiałów wybuchowych dosłownie rozerwało 9–piętrowy blok, grzebiąc pod jego gruzami 94 mieszkańców i raniąc 164 osoby.

Wspomniany już Kondratiew z oddziału K–20 twierdził w liście opublikowanym pół roku po wrześniowych wydarzeniach, że jego oddział FSB otrzymał zadanie planowania i wykonywania „operacji dyskredytujących Republikę Czeczeńską, tak by nie dopuściċ do jej międzynarodowego uznania”. „W tym celu przyznano nam rozległe uprawnienia oraz dostęp do praktycznie nieograniczonych środków technicznych i finansowych” – pisał. Relacjonował akcję werbowania w więzieniach i koloniach karnych przestępców kaukaskiego pochodzenia, którzy w zamian za przywrócenie im wolności porywali z Czeczenii obcokrajowców. „Nasi podwładni poradzili sobie doskonale – wspominał. – Najbardziej efektywnymi elementami tej akcji były porwania i morderstwa brytyjskich i holenderskich inżynierów, dokonane na nasz rozkaz”.
    I ujawniał: „W czerwcu ubiegłego roku [1999] nasz oddział otrzymał nowe zadanie: wzbudzaċ w Rosji nienawiśċ do Czeczenii i Czeczenów. Metodą burzy mózgów opracowaliśmy kilka sposobów. Podczas jednej z takich sesji wymyśliliśmy m.in. akcję rozprowadzania w kraju ulotek z groźbami Czeczenów, (...) wysadzanie budynków mieszkalnych – za wszystko mieliśmy obwiniaċ Czeczenów. Propozycje te przekazaliśmy dowództwu FSB, które wybrało ostatni pomysł jako najskuteczniejszy i dało nam zielone światło do jego realizacji. Zaplanowaliśmy ataki w Moskwie, Wołgodońsku i Riazaniu (...). Wybrane zostały konkretne budynki, odpowiedni materiał wybuchowy, obliczono też potrzebną jego masę. Operacja otrzymała kryptonim »Hiroszima«”.

O dalszych losach Kondratiewa przesądził moment, kiedy zobaczył rezultaty akcji przy ulicy Gurianowa. Było to 9 września 1999 roku.
    „Byłem wstrząśnięty tym, co tam zobaczyłem. Miałem doświadczenie w wysadzaniu budynków, ale nigdy nie były to domy mieszkalne i nigdy nie znajdowały się w Rosji – wspominał. – A tu wysadziłem rosyjski dom i zabiłem Rosjan, a rosyjskie kobiety pochylone nad ciałami rosyjskich ofiar przeklinały sprawcę w moim ojczystym języku. Stojąc wśród nich, fizycznie czułem, jak otaczają mnie ich klątwy, jak przenikają mój umysł i ciało, jak przepełniają każdą komórkę. Zrozumiałem, że jestem PRZEKLĘTY...”.


Grozny pod bombami

Kiedy list ukazał się w internecie, jego autor znajdował się już tysiące kilometrów od kraju, był „obywatelem niewielkiego kraju” i miał nadzieję, że FSB nigdy go nie dopadnie. Chciał ostrzec swoich rodaków przed „możliwymi zamachami”.

Od tragedii przy ulicy Gurianowa 9 września minęły zaledwie cztery doby, gdy nad ranem 13 września w 8–pietrowym budynku przy Szosie Kaszyńskiej w południowej części Moskwy rozegrała się kolejna tragedia. Mieszkańcy zauważyli wprawdzie w przeddzień, że w piwnicy dzieje się coś złego i zawiadomili milicję. Ta wprawdzie przyjechała od razu na miejsce, ale z piwnicy wyszedł mężczyzna podający się za pracownika administracji osiedlowej i uspokoił przybyłych funkcjonariuszy. Zapewnił ich, że wszystko jest w porządku, a „nasi ludzie już tam są” – więc milicjanci odjechali. Kilka godzin później blok wyleciał w powietrze. Masakra kosztowała życie 118 osób, w tym 12 dzieci, a ponad 200 ludzi zostało rannych.

W obu przypadkach użyto heksogenu i plastiku pełniącego funkcję detonatora. Lokalna milicja zaczęła tego samego dnia przeszukiwaċ dom po domu w okolicy. Wreszcie znalazła heksogen, osiem kilogramów plastiku i sześċ elektronicznych urządzeń zegarowych.

Trzy dni później, 16 września 1999 roku, wybuch przed 9–piętrowym blokiem mieszkalnym w Wołgodońsku w południowej Rosji zabił 17 ludzi.

Następnego dnia premier Putin wystąpił na nadzwyczajnej sesji Rady Federacji, w której wzięli udział szefowie ministerstw spraw wewnętrznych oraz obrony narodowej, z raportem na temat utworzenia „kordonu sanitarnego” wzdłuż granicy rosyjsko–czeczeńskiej, a także wzmożenie rozpoczętych we wrześniu bombowych nalotów i ostrzału artyleryjskiego terytorium Czeczenii.

Winę za masakry w Dagestanie, Moskwie i Wołgodońsku nietrudno było zrzuciċ na Czeczenów. Wiarygodnośċ kremlowskiej wersji podważył ostatni, nieudany atak w półmilionowym Riazaniu, położonym dwieście kilometrów od Moskwy.


Gdzie przepadli zamachowcy?

Późnym wieczorem 22 września mieszkaniec 11–piętrowego bloku zauważył troje obcych ludzi przenoszących z samochodu do piwnicy ciężkie worki na cukier. Wezwani milicjanci zbiegli do piwnicy.
    „Poświeciliśmy do środka i zobaczyliśmy kilka worków po cukrze, jeden na drugim. Leżący na wierzchu worek był nacięty i wystawało z niego jakieś urządzenie elektroniczne: widzieliśmy kable owinięte taśmą oraz zegar... Naturalnie, byliśmy zszokowani – opowiadał mediom chorąży Andriej Czernyszew. – Wybiegliśmy z piwnicy. Ja stanąłem na straży przy drzwiach, a moi ludzie poszli ewakuowaċ mieszkańców".
    Po kwadransie przyjechali saperzy z Ministerstwa Spraw Nadzwyczajnych, zabrali worki i rozbroili ładunki. Zegar inicjujący wybuch pod domem liczącym siedemdziesiąt siedem mieszkań był nastawiony na godzinę piątą trzydzieści nad ranem. Worki ułożono w piwnicy pod ścianą nośną, co gwarantowało, że budynek runie.

Mieszkańców wyrzucono na ulicę, gdzie kazano im czekaċ przez noc.
    „Niektórzy nie mieli odzieży wierzchniej, niektórzy uciekli boso – pisała gazeta „Trud”. – Przez kilka godzin przestępowali z nogi na nogę w lodowatym wietrze. Inwalidzi, których zniesiono z wózkami, płakali i klęli na czym świat stoi”.
    W mieszkaniach zostali najstarsi i najsłabsi z inwalidów, których nie miał kto zabraċ”. Jedna z kobiet, która w panice wybiegła na dwór w koszuli nocnej, przedarła się z powrotem przez milicyjny kordon do sparaliżowanej matki, za słabej, by wstaċ. Obie spędziły noc, czekając na śmierċ. Dopiero po wielu godzinach funkcjonariusze powiedzieli ludziom, że ładunek został dawno rozbrojony.

Natychmiast po odkryciu worków wprowadzono blokady na wszystkich drogach wylotowych z miasta, milicja sprawdzała wszystkie samochody wyjeżdżające z miasta – rozpoczęła się operacja „Przechwycenie". Przygotowano portrety pamięciowe podejrzanych. 23 września władze informowały, że w Riazaniu udaremniono atak terrorystyczny; gazety donosiły, że w workach znaleziono heksogen; światowe media publikowały reportaże z Riazania, a Putin dziękował społeczeństwu za „absolutnie słuszną reakcję”.
   Przy okazji komentował zmasowany atak bombowy na lotnisko w Groznym, stolicy Czeczenii: „Generalna dyrektywa nakazuje ścigaċ bandytów, gdziekolwiek się ukryją. Nie znam szczegółów, ale jeśli ukryli się na lotnisku, tam należy ich atakowaċ”.


Telefoniczna wpadka

Trzech poszukiwanych osób nie udało się zatrzymaċ. Wszystko wskazywało na to, że nie wyjechały z miasta, chociaż zamieniono je w oblężoną twierdzę – zupełnie jakby zapadły się pod ziemię.

I wtedy zdarzyło się coś niewiarygodnego. 24 września szef FSB Patruszew oświadczył, przecząc słowom Putina z wieczoru poprzedniego dnia, że w Riazaniu nikt nie planował zamachu. Po prostu FSB przeprowadzała ċwiczenia. Putin nie wspomniał ani słowem o ċwiczeniach, mówił za to o ściganiu bandytów i bombardowaniach Groznego. To samo mówił szef Urzędu Spraw Wewnętrznych obwodu riazańskiego, o „ċwiczeniach” nie słyszał też nic minister spraw wewnętrznych, który nadzorował operację ścigania zamachowców z Riazania. Jeszcze 24 września rzecznik prasowy MSW mówił o udaremnionym ataku terrorystycznym w Riazaniu i przyznał, że MSW popełniło kilka poważnych błędów, z których już wyciągnięto wnioski. Nawet szef Centrum Kontaktów Publicznych FSB nie zdementował wersji o zamachu i nie zająknął się o „ċwiczeniach” podczas swojego telewizyjnego wystąpienia 23 września.

Kto zatem miałby te ċwiczenia zorganizowaċ? Bez wiedzy szefów FSB? Ponieważ taki bieg wydarzeń był niemożliwy, nie sposób daċ wiarę w ogłoszoną 24 września sensację o „ċwiczeniach FSB”.

Odpowiedzi domaga się natomiast pytanie, dlaczego tak nagle i w tak głupi sposób zmieniono oficjalną wersję wydarzeń. 22 września w nocy, kiedy Riazań zamienił się w miasto zamknięte, pewna pracownica firmy telekomunikacyjnej nagrała przypadkiem podejrzaną rozmowę z Moskwą.
    „Wysiadajcie pojedynczo – takie polecenia wydawał ktoś z Moskwy ludziom jadącym samochodem przez Riazań. – Wszędzie są patrole”.
    Kobieta przekazała nagranie ludziom z riazańskiej FSB, ci zaś – przekonani, że namierzyli „terrorystów” – sprawdzili moskiewski numer, z którym kontaktowali się niedoszli mordercy.

I wtedy na jaw wyszło, że numer należał do jednego z biur Federalnej Służby Bezpieczeństwa w Moskwie. Kiedy do centrali dotarły informacje o fiasku zamachu w Riazaniu, ludzie z FSB w Moskwie musieli ukryċ fakt, że to oni byli zań odpowiedzialni. Władzom nie pozostało więc nic innego, jak rozpowszechniċ informacje, że ludzie ze służb przeprowadzali w Riazaniu ċwiczenia.

W mediach zapanował zamęt, sprzeczne informacje mieszały się ze sobą. Niektórzy przedstawiciele władz trzymali się wersji o zamachu, inni – już poinformowani – potwierdzali tę o ċwiczeniach. A pracownikom FSB w Riazaniu, którzy powinni byli o ċwiczeniach wiedzieċ i jako pierwsi ogłosiċ, że zakończyły się powodzeniem, nie pozostawało nic innego, jak ratowaċ się oświadczeniem:
    „Jak ujawniono, podłożenie 22 września 1999 roku makiety ładunku wybuchowego w Riazaniu było elementem ċwiczeń międzyregionalnych. Wiadomośċ ta jest dla nas zaskoczeniem, a została opublikowana akurat, gdy funkcjonariusze miejscowego oddziału FSB ustalili miejsce pobytu podejrzanych i gotowi byli ich zatrzymaċ”.
    Pewnie, że ustalili... I położyli misterny plan swoich moskiewskich szefów.

„Moskowskij Komsomolec” wydrukował kilka dni później artykuł zadziwiającej treści: powiadomił, że zdaniem szefa FSB nie było próby zamachu, lecz przeprowadzano ċwiczenia, po czym dodał, że minister spraw wewnętrznych pogratulował FSB ocalenia bloku w Riazaniu przed pewną zagładą.


Najwyższa cena prawdy

Mimo riazańskiej wpadki Putin urzeczywistnił swój scenariusz. Rosyjskie oddziały lądowe przekroczyły 1 października granicę czeczeńską; z początkiem grudnia pod ich kontrolą znajdowała się ponad połowa obszaru Republiki. Otoczywszy 6 grudnia Grozny, Rosjanie wezwali mieszkańców do opuszczenia miasta i zagrozili, że ci, którzy pozostaną,
    „będą uważani za terrorystów i bandytów i zostaną zniszczeni przez artylerię i lotnictwo”.
    Po tygodniu na stolicę ruszył szturm. W nocy z 31 stycznia na 1 lutego 2000 roku stolica Czeczenii przeszła w ręce Rosjan, a władza na Kremlu – w ręce Putina, który został pełniącym obowiązki prezydentem po wymuszeniu na Jelcynie dymisji. 29 lutego 2000 roku moskiewskie siły zbrojne zajęły ostatnie miasto pozostające w rękach czeczeńskich – Szatoj. Moskwa ogłosiła zwycięstwo, które było tak bardzo potrzebne Putinowi do wygrania wyborów prezydenckich w marcu 2000 roku.

Ludzie, którzy starali się poznaċ prawdę o kulisach dojścia Putina do władzy, zapłacili cenę najwyższą. Od czasu ucieczki Litwinienki z Rosji w 2000 roku życie straciło kilka osób, o czym pisze Felsztinski. I wylicza:
    „Władimir Dołowlow i Siergiej Juszenkow, deputowani do rosyjskiego parlamentu, Dumy Państwowej, przewozili taśmy z filmem dokumentalnym »Zabójstwo Rosji«, opartym na wątkach z naszej książki. Obaj zostali zastrzeleni; Gołowlow 21 sierpnia 2002 roku, a Juszenkow 17 kwietnia 2003 roku. Jurij Szczekoczichin, również deputowany do rosyjskiego parlamentu oraz zastępca redaktora naczelnego dziennika »Nowaja Gazieta« (tego samego, dla którego pracowała zamordowana Anna Politkowska) został otruty. Przez jakiś czas żył w stanie śpiączki; zmarł 3 lipca 2003 roku. W czerwcu 2001 roku spotkałem się z nim w Zagrzebiu i przekazałem mu rękopis »Wysadziċ Rosję«, który miał opublikowaċ w swojej gazecie”.
    Najgłośniejsza stała się zbrodnia popełniona na Aleksandrze Litwinience, który konał przez kilka tygodni w Londynie napromieniowany polonem. Jego długą agonię oglądał w telewizji cały świat – żeby każdy mógł się przekonaċ, jak umierają wrogowie pułkownika Putina.



| Powrót do czytelni |   Do góry strony
Za: „Nasz Dziennik”    Sobota–Niedziela, 22–23 października 2011, Nr 247 (4178)