| powrót do ciekawostek |




W DOMU ŁASKI
znajdziesz ukojenie...


Byċ może nigdy nie powstałby kościół św. Józefa w Krzeszowie, gdyby nie protestanci, którzy w końcu XVII wieku zabrali się do stawiania aż trzech świątyń w okolicy. Katolicy odpowiedzieli także trzema, w tym dwoma krzeszowskimi. Kościół św. Józefa miał byċ skromny, ale elegancki. Tak jak skromny i powściągliwy był św. Józef. Bryłę zaprojektował Martin Urban, na stałe zatrudniony u cystersów. Potężny opat krzeszowskiego klasztoru Bernard Rosa (w tym czasie opactwo miało — uwaga! — 30 tys. ludzi i trzy spore miasta) wynajął do ozdobienia wnętrza Michała Willmanna, ucznia samego mistrza Rembrandta. Kościół miał byċ od stóp do głów zapełniony scenami z życia św. Józefa, a co za tym idzie — Świętej Rodziny, której o. Rosa był wielkim czcicielem. Na wschodniej ścianie mistrz Willmann miał namalowaċ troski Opiekuna Bożego Syna, a na ścianie zachodniej — radości. Na środku zaś, w prezbiterium, oczom wiernym miała ukazaċ się wspaniała, olbrzymia i zapierająca dech wizja Hołdu Trzech Króli. Kolejnośċ opowieści nie była przypadkowa, scenariusz napisał sam opat Rosa — freski miały misję ewangelizacyjną i edukacyjną. Zadziwiające, że do dziś obie te funkcje spełniają bezbłędnie.

Opowiadają, że Willmannowi praca szła średnio, bo często przesiadywał w karczmie, co wreszcie rozsierdziło opata Rosę i zamknął hulakę w kościele, zapowiadając, że nie wypuści go dopóty, dopóki dzieło nie zostanie skończone. Krewki Willmann ripostował, że i tak do karczmy wróci, i słowa dotrzymał. Uwiecznił się jako karczmarz w betlejemskiej gospodzie. A w Krzeszowie do dziś można coś przekąsiċ w „Willmannowej Pokusie”.


Św. Józef poszukuje noclegu. W roli karczmarza — Michał Willmann.

O niesnaskach nikt jednak po wiekach nie pamięta, a zachwyt nad dziełem śląskiego Rembrandta, jak nazywano Willmanna, pozostał. Prezbiterium kościoła skierowane jest na północ, tak że wschodzące słońce oświetla freski przedstawiające: śpiącego Józefa i pochylonego nad nim anioła, który szepcze mu o tajemnicy Bożego macierzyństwa Maryi, radośċ narodzin Jezusa i pokłon pasterzy oraz ofiarowanie Jezusa w świątyni.

Zachodzące słońce natomiast „opowiada nam” o zatroskanym Józefie poszukującym gospody, o obrzezaniu, o ucieczce do Egiptu, wreszcie o odpoczynku Świętej Rodziny. Willmann dodał do ewangelicznych opowieści sudecki krajobraz, czyniąc freski bardziej swojskimi, tutejszymi. Mamy więc w tle ruiny piastowskich zamków, okoliczne wioseczki, skały i uroczyska, lasy i pola uprawne. Ze zdumieniem obejrzymy także wielbłądy z głowami koni, co dowodzi, że Willmann nie bardzo wiedział, co maluje. Odnajdziemy niespotykany wizerunek Matki Bożej w eleganckim kapeluszu, uchwyconej w trakcie powrotu z Egiptu, ale w chwili spokoju i rodzinnej sielanki.

Tajemniczości tego miejsca dopełnia historia słynnego onegdaj Bractwa św. Józefa, które w dobrych czasach liczyło ok. 100 tys. członków, a należały do niego familie panujących w Europie rodów, m.in. wszyscy Habsburgowie. Bractwo to z biegiem czasu podupadło, wskrzeszone w czasach diecezji legnickiej — stara się odzyskaċ dawny splendor.

Jednak nie kościół św. Józefa ściąga tutaj tłumy, czyniąc Krzeszów trzecim co do wielkości sanktuarium maryjnym w Polsce. Nie przepiękna bazylika, zwana Domem Łaski, której genialny architekt pozostał nieznany. Tym powodem jest niewielki, acz w cuda mocny wizerunek Matki Bożej Łaskawej. Pani Krzeszowskiej. Jeden z pięciu najstarszych cudownych obrazów Europy i najstarszy w Polsce (starszy nawet od jasnogórskiego). Nad tym, skąd pochodzi i jak trafił do sudeckiej wsi, łamią sobie głowy historycy sztuki. Legenda, jak to legenda, swoje wie i opowiada o białoskrzydłych aniołach i pustelniku imieniem Krzesz. Wiadomo tylko, że obraz namalowano w I pół. XIII wieku i ma cechy gotyckie. Od wieków uznawano go za cudowny. Ciągnęły do niego tłumy pobożnych Polaków, Niemców i Czechów. Sława obrazu rozlała się szeroko, co byċ może sprowokowało husytów do brutalnej napaści w 1426 r. na opactwo. W ostatniej chwili jeden lub kilku nieznanych z imienia mnichów ukryło największy skarb opactwa pod posadzką zakrystii. Husyci wymordowali wszystkich zakonników — 70 osób. Nie ocalał nikt, kto mógłby wskazaċ kolejnym cystersom sekretne miejsce. I tak minęło — bagatela — prawie 200 lat. Aż do czasu remontu zakrystii (1622 r.) i dziwnego światła, które uparcie wskazywało jedno miejsce w kamiennej podłodze. Od tamtej pory każdego roku w dniu odnalezienia obrazu zapala się w świątyni mnóstwo świec i dziękuje Bogu za dar Maryi.

Niewielki cudowny obraz umieszczono w głównym kościele opactwa, w bazylice mniejszej, wysoko w ołtarzu głównym, a niżej — monumentalną scenę Wniebowzięcia pędzla kolejnego malarskiego mistrza — Piotra Brandla. I, jak mawiają historycy sztuki, jeśli kościół św. Józefa jest ukłonem architektury w stronę malarstwa, tak bazylika to ukłon architektury w kierunku rzeźby. We wnętrzu aż tłoczno od aniołów rozmaitego wieku i wzrostu, świętych i apostołów, wszyscy w bieli lub złocie, co potęguje jeszcze wrażenie nieziemskości. Stare, skrzypiące ławki wydają się wygodne do długiego trwania w modlitewnej zadumie. Młodzi ludzie, którzy nadspodziewanie często odwiedzają Krzeszów, mawiają, że w tej ciszy, chłodzie kamiennej świątyni, przed tym obrazem zawieszonym wysoko w purpurowej koronie — czują się bliżej Boga.

I bliżej polskości tych ziem. Opactwo w Krzeszowie to także mauzoleum Piastów Śląskich, ostatnich z linii świdnicko-jaworskich. Średniowieczni książęta Bolko I i jego syn Bolko II, z orłami na tarczach, ufundowali to opactwo cystersom, co dało im prawo do wiecznego tu spoczywania. Są pamięcią tej ziemi. Prawdą o jej korzeniach.

Panorama Krzeszowa

Opactwo w Krzeszowie ma swój rytm i swoją teologiczną myśl: jest tu świątynia poświęcona Matce Bożej, a obok — kościół św. Józefa, jest też Kalwaria, która swymi stacjami wybiega poza monumentalne mury wprost w zielonośċ pól, łąk i lasów okolicy. Mniejsze i większe kaplice i kapliczki przycupnęły blisko ziemi. Niedawno powróciły do pierwszych właścicieli — do Kościoła, co daje nadzieję, że niebawem zamieszkają w nich ponownie figury uczestników świętego dramatu. A przy jednej z nich — Ciemnicy, gdzie ktoś pali nocą świece, ponoċ na pamiątkę cudu, zapłonie tych zniczy więcej. Kalwaria zatacza koło i wraca do opactwa, najpierw na cmentarz klasztorny, potem do świątyni — jedna z ostatnich stacji to replika Świętego Grobu z Jerozolimy.

Krzeszów, po latach zapomnienia, odzyskuje blask dzięki opiece wspaniałych ludzi, którzy docenili niezwykłośċ tego miejsca i pragną je zwróciċ w pełni blasku pielgrzymom z całej Europy. Kto odwiedza krzeszowskie sanktuarium, ten doceni rozmiar zaangażowania i klasę, z jaką traktowane są tu rzeczy święte. Niewątpliwie na miano odnowicieli Krzeszowa zasługują biskupi legniccy — pierwszy biskup legnicki Tadeusz Rybak i obecny ordynariusz — bp Stefan Cichy, a nade wszystko ks. Józef Lisowski, kanclerz legnicki, który Krzeszów przed laty ukochał, i opiekun codzienności tego miejsca — proboszcz Krzeszowa ks. Włodzimierz Gucwa.


Tekst z numeru 11 — z 16 marca 2008 roku Tygodnika Katolickiego „Niedziela”.


| powrót do startu | | powrót do ciekawostek |